„Liczę na to, że nie będę bezczynna w niebie.
Pragnieniem moim jest pracować dalej dla Kościoła i dla dusz, o to proszę Boga, i jestem pewna, ze mnie wysłucha”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Po prostu bądź!

Po prostu bądź!

Ostatnie wydarzenia związane z beatyfikacją Sługi Bożego ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego, skłoniły mnie do refleksji nad tym czym jest miłość? Co to znaczy kochać?

Błogosławiony już Stefan Wyszyński, który dla nas – pokolenia JP2 – jest postacią trochę posągową, wbrew pozorom wiele mówił o rzeczach zupełnie przyziemnych. Człowiek z taką historią życia pochylał się nad zwykłym człowiekiem, nad jego problemami osobistymi czy też w rodzinie. Nie były to czcze słowa, ale faktycznie nimi żył i tak postępował, również wobec ludzi, którzy tak bardzo uprzykrzyli mu jego posługę.

Szczególnie wybrzmiewają w mojej głowie słowa: „[…] Czas to miłość… Człowiek ujawnia swoją osobowość w sposobie traktowania innych”. A jeżeli dołożymy do tego słowa za Św. Janem Pawłem II: „Jeżeli cokolwiek warto na tym świecie czynić, to tylko jedno – miłować”, mamy doskonałą wskazówkę na godne i pełne miłości życie. To najbardziej uniwersalna recepta na życie. Nie trzeba być osobą wierzącą, by zrozumieć, że kochać i być kochanym to coś, co nadaje sens naszemu życiu. Każdy z nas za pewne doświadczył tego, że miłość nie zawsze wiąże się z pełnią szczęścia. Czasem poprzedzona jest cierpieniem, która ją ubogaca. Do tego również odnosił się bł. Stefan Wyszyński. Mawiał, że trzeba próbować miłość by była ona wielka, by rozpalała i oczyszczała to co w nas niedoskonałe.

I zrodziło się moje pytanie o to, jak powinniśmy kochać? To w rodzinie człowiek, tak po ludzku, ma okazję doświadczyć po raz pierwszy miłości. Tylko jak kochać żonę/męża, dzieci, by czuły, że są kochane?

Czasami zdaje nam się, że powiedzenie komuś bliskiemu, że go kochamy jest odpowiedzią na wszystko i wytłumaczeniem naszego postępowania wobec drugiej osoby. Jak gniewamy się na współmałżonka czy karcimy dzieci to zawsze uznajemy, że robimy to z troski i dla ich dobra. Czasami tak bardzo nam to weszło w krew, że nie zauważamy, że nasze uczynki, zachowania, ton głosu wcale o tym nie świadczą, że faktycznie mamy na myśli dobro naszych najbliższych. Intencje może i posiadamy właściwe. Nikt nam też nie zarzuci, że prawdziwie nie kochamy i bezwarunkowo. Czy jednak w tym wszystkim zauważamy tę osobę, dla której niby to robimy? Czy szanujemy jej zdanie, jej wrażliwość? Czy przede wszystkim widzimy nasze dziecko, jako odrębną osobę? Szczególnie rodzice nadopiekuńczy zapominają, że nie przeżyją życia za swoje dzieci. Nie pozwolą mu niczego doświadczyć, zrozumieć, czasem sparzyć się. Bunty dziecka są niekiedy wyrazem tego, że nie czuje się kochany, akceptowany, a może i niedoskonały, skoro ciągle byśmy je korygowali.

Stając się rodzicem, nie jesteśmy w stanie wszystkiemu zaradzić, nie wszystko wiemy od razu. To, że popełniamy błędy, nawet wspomniane błędy nadopiekuńczości, nie powinno być dla nas niekończącym się wyrzutem sumienia. Owszem, dobrze jest stanąć w prawdzie, przyznać się do nich i je uznać. To jak, ze spowiedzią. Odchodząc od konfesjonału nie zapełniamy i nie zbieramy ponownie naszych „niecnych uczynków”, by móc ponownie przyjść i prosić o wybaczenie. Odchodząc od konfesjonału mamy zmienić swoje postępowanie, tak żeby nasi bliscy czuli wartość naszego postępowania, miłość i prawdziwe zainteresowanie. Poza tym nasze deklaracje, że kogoś kochamy często nie wystarczają, ponieważ zawsze za tym muszą iść czyny. A dzieci potrzebują tego szczególnie, i każde pewnie w inny sposób potrzebuje naszego zainteresowania, uwagi, wysłuchania, po prostu byśmy byli dla nich i przy nich, i je akceptowali.

Tak samo, jak z naszymi intencjami, jest z bezwarunkowością miłości. Czy, aby na pewno dobrze ją pojmujemy? Bezwarunkowo kochać zazwyczaj rozumiemy, że kochamy i nic nie chcemy w zamian. Jednak wiele sytuacji życiowych, z tzw. domowego ogródka, trochę temu zaprzecza. I wcale nie chodzi tu o jakieś poważne i wielkie gesty, i czyny. Jednak często stawiamy warunki naszym dzieciom, czasem świadomie, czasem nie. Kiedy się gniewamy, co jest tak naprawdę oznaką naszej bezradności, a niekoniecznie winą dziecka, odpychamy je od siebie. To właśnie w sytuacjach kryzysowych powinniśmy zapomnieć o tym czego oczekujemy na rzecz bliskości i pomocy dziecku w zrozumieniu jego emocji czy potrzeb. Nie powinniśmy w swojej złości mówić im, że nie mamy ochoty na przytulenie, buziaka. To właśnie te drobne gesty czasami wystarczą by trudne emocje odeszły i by zacząć rozmawiać, budować relację.

Wobec współmałżonka również zdarza się nam warunkować swoje zainteresowanie nim. Zwłaszcza, kiedy rutyna wkradła się tak mocno w relację, że codzienne gesty stały się przypadkowe, bądź ich wcale nie ma już. Prosty przykład, kiedy mąż ogląda z żoną filmy romantyczne, to niekiedy oczekuje, że ona z nim obejrzy mecz i nie będzie przy tym mocno marudzić. Poniekąd czuje, że jest ona mu winna wspólne oglądanie meczu. A czy nie można obejrzeć „głupawej” komedii romantycznej po prostu ze względu na żonę? Oczywiście, tego typu sytuacje powinny działać też w drugą stronę. Nasze osobiste wybory może nie zawsze muszą się spotykać z takim samym entuzjazmem u drugiej strony, ale dając wyraz naszej akceptacji, bez oceny, irytacji znaczy o wiele bardziej, aniżeli przytakiwanie dla świętego spokoju. Do momentu, kiedy przeleje się czara pełna gniewu, rozczarowań.

Dla mnie miłować, kochać to nic innego, jak akceptować. Przekładając to na język ludzi wiary, to zostawić swoje smutki i niedoskonałości Bogu i dać się Jemu prowadzić. Taka ufność, szczerość i prawdziwe otwarcie się na wolę Boga jest nawet dla katolików trudne. Mam wrażenie, że czasem oczekujemy więcej, a nie zauważamy tego co posiadamy. Tak jest z miłością małżeńską czy rodzicielską. A może i z tą drugą jeszcze bardziej. Zauważmy, że trudno jest nam niekiedy zaakceptować to, jakim jest nasze dziecko. Często się tłumaczymy. Zawsze znajdzie się coś to można byłoby ulepszyć, zmienić. Tylko po co? Czy już w akcie stworzenia dziecko, nie staje się kimś nowym, odrębnym, wyjątkowym? Dlaczego by nie traktować dziecka poważnie? Tylko dlatego, że jest właśnie dzieckiem, i jeszcze wszystkiego nie pojmuje? Otóż, możemy je traktować poważnie, z należytym szacunkiem i godnością. Tylko tak nauczy się akceptować i szanować innych. Możemy dziecku stworzyć najlepsze warunki do wychowania, ale bez pełnej akceptacji jego charakteru, temperamentu, sposobu reagowania, nie będzie czuł się w pełni kochany. W tym tkwi trudność wychowania dzieci, by być przy dziecku, nawet wtedy, gdy myślimy inaczej i by dawać świadectwo i przykład swojego życia, swojego postępowania.

Wbrew pozorom, nie jest nam dane mieć wpływ na swoje dzieci dość długo. To co chcemy im przekazać jest tu i teraz. Nie ma sensu czekać na cudowne lekarstwo. Jeżeli w naszym odczuciu dzieci zachowują się odchodząc od przyjętej normy, dlaczego mamy od razu je naprawiać. Może warto przyjrzeć się właśnie sobie samym, naszej rodzinie i relacjom w niej panującej. Jesteśmy odpowiedzialni za to, jak się zachowujemy, i jak wpływa to na nasze dzieci. Nie możemy mieć do nich później pretensji, skoro nie miały przykładu, skoro nikt nie pozwolił im być sobą. Dlatego wielu wierzącym rodzicom ciężko jest przyjąć fakt, że bierzmowanie staje się poniekąd aktem apostazji ich dzieci z Kościołem. Będąc ostatnio na mszy, właśnie dla kandydatów do bierzmowania, młodzież usłyszała ważny komunikat, że to oni muszą decydować o tym, czy chcą ten sakrament przyjąć. Czy to ich świadoma decyzja, czy zostali jakoś zmuszeni? A jeśli, tak czują, może warto się otworzyć i spróbować zastanowić się nad tym, co proponuje im wspólnota. Dowiedzieli się, że wolna wola jest najwyższym aktem miłości Bożej. Nic nie może obejść się bez naszej zgody.

A do tego wszystkiego potrzebny jest czas. Czas leczy rany, czas potrzebny jest na zrozumienie, na wybaczenie. I znów parafrazując słowa nowego błogosławionego Stefana Wyszyńskiego, czas jest wyrazem miłości, która trwa wiecznie i pomimo wszystko.

Anna Maria Patejuk

Podziel się: