Wezwanie

„Jezus uczynił ze mnie rybaka dusz, uczułam wielkie pragnienie, by pracować nad nawróceniem grzeszników,
pragnienie tak żywe jak nigdy dotąd. Jednym słowem, w serce moje wstąpiła miłość połączona z potrzebą
zapomnienia o sobie, by Jemu sprawiać przyjemność, i od tamtej chwili byłam szczęśliwa”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Każdy człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, został wezwany do urzeczywistniania w świecie Jego świętości i miłości. Powszechne powołanie do świętości zakłada jednak różne drogi jej realizacji. Bóg wzywa każdego człowieka i towarzyszy mu na jego własnej, indywidualnej i niepowtarzalnej drodze powołania.

Ludzie, a zwłaszcza młodzi, zaproszeni są do rozeznawania i odkrycia własnej drogi do świętości w świecie i Kościele. Wezwanie może dotyczyć wyboru życia małżeńskiego, może być zaproszeniem do kapłaństwa lub życia samotnego w bezżenności. Bóg powołuje również wybrane osoby do życia zakonnego. Jest to zaproszenie do szczególnie bliskiej relacji z Bogiem. Wezwanie do oddania się Jezusowi w życiu zakonnym, jest wielkim darem i pewnego rodzaju tajemnicą między duszą ludzką a Stwórcą, jest niepojętą łaską dla konkretnej osoby powołanej. Każda historia powołania jest inna, czasem naznaczona wewnętrznymi zmaganiami.

Wezwanie do pójścia za głosem powołania w konkretnej rodzinie zakonnej, domaga się przyjęcia charyzmatu Zgromadzenia i sposobu jego realizacji. Rysem specyficznym Zgromadzenia Sióstr Terezjanek jest duchowość małej drogi św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Fundamentem tej drogi jest głęboka wiara w dobroć i miłość Boga Ojca i zupełne zdanie się na Niego. Drogę dziecięctwa duchowego siostry przeżywają na płaszczyźnie życia osobistego, wspólnotowego jak również w całej działalności apostolskiej.

MODLITWA O ROZEZNANIE POWOŁANIA

Święta Tereso od Dzieciątka Jezus, przewodniczko na drodze dziecięctwa duchowego, otocz mnie swoją świętą opieką.
Ześlij mi swój różany deszcz łask i pomóż rozeznać powołanie.
Pomóż mi odkryć, czy jestem wezwana do życia zakonnego w terezjańskiej wspólnocie sióstr.
Pragnę, by każda chwila mojego życia stała się aktem doskonałej miłości i zawierzenia.
Pragnę, by mała droga do nieba stała się również moją drogą życia.
Naucz mnie żyć w prostocie i pokorze.
Pokaż, jak zachować w sercu radość i ufność dziecka.
Postanawiam postępować zgodnie ze wskazówkami Twymi.
Ześlij mi obiecaną róże z nieba, która będzie znakiem łaski i wybrania.
Dodaj mi sił i odwagi, bym wypełniła wolę Bożą. Amen.

Wysłuchana modlitwa

Początkowo nie czułam, że jestem powołana do życia konsekrowanego. Jak większość dziewcząt w moim wieku marzyłam o przystojnym mężu i gromadce dzieci. Z czasem jednak Jezus przemieniał moje serce i pokazywał mi, że miłość, którą mogłabym ofiarować mężowi i dzieciom, mogę dawać większej ilości osób, które są jej bardzo spragnione. Pociągał mnie ku sobie. Zapraszał do szczególnej bliskości i relacji, jako Oblubieniec.

Stopniowo odkrywałam duchowość Karmelu. Poznałam dzieła św. Jana od Krzyża, które zachwyciły moją duszę. Modlitwa duszy rozmiłowanej była mi natchnieniem i często do niej wracałam. Zaczęłam poważnie rozważać wstąpienie do Karmelu. Nie umiałam jednak odnaleźć się w tym, że jest to zakon klauzurowy, a ja tak bardzo chciałam pracować z dziećmi…

Nie znałam św. Teresy od Dzieciątka Jezus, aż do momentu, kiedy zobaczyłam w kościele św. Krzyża w Warszawie feretron noszony na procesjach z Jej wizerunkiem. Zauważyłam, że wiele osób klęka i modli się przed Jej obrazem. Ludzie zostawiali karteczki z prośbami. Zrozumiałam, że ludzie mają do tej Świętej zaufanie i że jest z nią związany wielki kult. Pamiętam, jak dziś, że klęcząc modliłam się słowami: Nie znam Cię, nie wiem kim jesteś, ale widzę, że ludzie się do Ciebie modlą. Pomóż mi, bo wielkie jest moje pragnienie, by być siostrą zakonną, ale nie wiem w którym mam pójść kierunku.

Niewiele dni później, pojechałam jako animatorka z grupą młodzieżową do Podkowy Leśnej na trzydniową oazę modlitwy. I jakież było moje zdziwienie, kiedy pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wejściu do kaplicy Sióstr, był obraz Świętej, do której się modliłam. Od razu wypytałam o Nią i Zgromadzenie. Okazało się, że Zgromadzenie Sióstr św. Teresy od Dzieciątka Jezus duchowo przyłączone jest do Karmelu, do którego chciałam wstąpić, siostry jednak nie były zamknięte w klauzurze, ale czynnie uczestniczyły w życiu apostolskim. Nie miałam już wątpliwości, że jest to moje miejsce! Kilka tygodni później wstąpiłam do Zgromadzenia, by zostać Terezjanką.

Był to początek mojej przyjaźni ze św. Teresą, zachwycania się Jej Małą drogą i przesłaniem miłości skierowanym do wszystkich ludzi. Teresa do dziś mnie zaskakuje, inspiruje i pociąga. Wielkie pragnienie, by ludzie poznali Miłość Miłosierną Boga, wlała też w moje serce.

Kiedy byłam w Nowicjacie przeczytałam słowa św. Teresy zanotowane przez Matkę Agnieszkę w Żółtym zeszycie: Żadna prośba zaniesiona do mnie nie pozostanie bez odpowiedzi! Moje powołanie jest dowodem wypełnienia się słów tej obietnicy. Teresa jest bliska i pomaga. Naprawdę zsyła swój deszcze róż…

Święta Tereso, z całego serca dziękuję!

s. Bogumiła Ptasińska

Historia jednego snu i jednego habitu

Przenieśmy się myślą do lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku: świat stabilizuje gospodarkę, trwa wojna w Wietnamie, Marcin Luter King walczy o zniesienie dyskryminacji rasowej, ginie w zamachu prezydent John F. Kenedy, Kościół obraduje na Soborze Watykańskim II, a w małej miejscowości nieopodal Ostrowi Mazowieckiej pewna rodzina oczekuje narodzin czwartego dziecka. Lekarz mówi: – Pani Jadwigo, lepiej gdyby pani nie urodziła tego dziecka. Choroba zakrzepowo-zatorowa nóg jaką pani przebyła, może ponownie dać o sobie znać. To zbyt ryzykowne dla pani życia. Chwila zastanowienia. Pani Jadwiga wstaje i zdecydowanym głosem odpowiada: – Ja nie zabiję tego dziecka, nie dokonam aborcji, to grzech. Ja to dziecko urodzę, cokolwiek by miało być. Pani doktor wstała, podała rękę i powiedziała: – Gratuluję tak odważnej decyzji.

Bóg przez usta proroka Jeremiasza mówi:
„Zanim ukształtowałem cię w łonie Twej matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię”.
(Jer 1,4-5)

Tej nocy pani Jadwiga długo nie mogła zasnąć. Wracała myślami do rozmowy z lekarzem, to znów wpatrywała się w śpiącego synka Januszka, młodszego synka Józika. Chociaż tuliła do serca najmłodszą czteroletnią Ewunię, myślami była przy dziecku pod sercem. Wreszcie przyszedł sen. Pani Jadwiga w czasie snu widzi taki obraz. Do jej łóżka podchodzi dziewczyna, dość wysoka, o ciemnych długich włosach, pochyla się nad nią i pyta; mamo, kto chce mnie zabić? Pani Jadwiga przebudziła się. Opowiedziała sen mężowi. Na koniec dodała; ja do lekarza już nie pójdę. Ona musi się urodzić! Urodziła się! w domu, zdrowa, silna, z pasją do życia, mała Ania. Takie imię dali jej na chrzcie.

Pani Jadwiga – to moja mama. Żyje do dziś. Mała Ania – to ja czyli s. Agnieszka. Jestem ogromnie wdzięczna mojej mamie. Wiem, że to nie była łatwa decyzja. Tym bardziej dziękuję Ci Mamo! Dalej wszystko potoczyło się zwyczajnie. Dzieciństwo spędzone na wsi, szkoła niemalże elitarna, godziny popołudniowe wybiegane z koleżankami i kolegami na podwórku.

Był kwiecień, miałam wówczas niespełna 16 lat, moja koleżanka poprosiła mnie o to, bym była jej świadkiem do sakramentu bierzmowania. Zgodziłam się. Obecność na Mszy św. podczas której ks. Biskup Sasinowski udzielał młodzieży sakramentu bierzmowania, była dla mnie wyjątkowa. Podczas śpiewu hymnu do Ducha Świętego, płakałam. Dlaczego? a któż to wie, po ludzku trudno wytłumaczyć. Odczuwałam wówczas wewnętrzną radość, szczęście, ale i obawy. Jak nigdy wcześniej, właśnie wtedy byłam pewna, że droga życia zakonnego to droga mojego powołania. Czułam, że Pan wzywa mnie do swej służby. Tylko jak to uczynić, jak odpowiedzieć na głos, który w duszy słyszę tylko ja. W domu rodzice uczyli mnie zasad i odpowiedzialności za podejmowanie jakichkolwiek decyzji. Wstąpienie do zakonu w wieku 16 lat, to bardzo poważna sprawa. Miałam tego całkowitą świadomość.

W pierwszy piątek miesiąca usilnie błagałam Jezusa po przyjęciu Komunii św., aby udzielił mi wewnętrznego światła i dodał odwagi w pójściu za Nim. Właśnie ten pierwszy piątek był dniem konkretnej decyzji. Lubiłam niekiedy droczyć się z Panem i wystawiać Go na małe próby. Tym razem postawiłam Jezusowi mały warunek; „Jezu zgłoszę się do Zgromadzenia sióstr Terezjanek, (które pracowały w mojej parafii) o ile spotkam siostrę katechetkę, tę najbardziej radosną”. Ku memu zdziwieniu zauważyłam, że s. Felicja, była obecna z grupą dzieci przy kościele. Był to drobny szczegół, który Jezus spełnił dla mnie, więc i ja odkryłam tajemnice swego serca przed tą siostrą.

Dalej wszystko potoczyło się już z górki. Pan podsyłał kolejne osoby dzięki którym wchodziłam na drogę życia zakonnego. Codziennie poznawałam życie św. Teresy oraz jej małą drogę dziecięctwa duchowego, opierającą się na: pokorze, zaufaniu i miłości. Poznałam wiele szczegółów z jej życia czytając „Dzieje duszy”, zrozumiałam jej determinacje wstąpienia do zakonu w wieku 15 lat. Moja przygoda z „habitem” zaczęła się w wieku 16 lat.

Pierwsze moje kroki w zakonie postawiłam w Podkowie Leśnej. Byłam tu krótko. Postulat i nowicjat odbywałam w Mońkach. Lekcje z s. Cherubiną, praca w ogrodzie, wakacyjne grupy oazowe, pomoc w kuchni s. Maksymilianie, to wszystko było nowe, proste i piękne. Juniorat spędziłam w Podkowie Leśnej. Właśnie tu podczas czytania duchownego po raz pierwszy usłyszałam treść i analizę listów ks. bpa A. Szelążka do matki Agnieszki z Lisieux. Pamiętam jak mnie, młodą wówczas siostrę, zachwycała pokora Ojca Założyciela ks. Bpa Adolfa Piotra Szelążka uwypuklająca się w zwrotach grzecznościowych pełnych szacunku i oddania. Czytaniu temu towarzyszyła wyjątkowa atmosfera. Matka Albina dawała osobiste komentarze do przeczytanych listów. Dla mnie wszystko było takie świeże i mądre. Duchowość i charyzmat poznawałam w „czasie”. Wciąż uczę się charyzmatu i bycia dobrą Terezjanką.

s. Agnieszka Jaworska

Miłość otwiera drogę

Patrząc okiem wiary na moje życie, mogę przytoczyć słowa proroka Izajasza: „Powołał mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię” (Iz 49, 1). Również i ja dzisiaj pragnę powiedzieć: „Dziękuję Ci Boże, że dałeś mi życie za pośrednictwem moich niezapomnianych rodziców, którzy Cię kochali i żyli w Twojej świętej bojaźni”. Rzeczywiście mój Tatuś w momentach zarówno radosnych jak i tych bolesnych często powtarzał słowa: „Niech będzie Bóg błogosławiony. Jego Miłość jest wieczna, nieskończona”. Tak też mówił w czasie swej długoletniej choroby. Gdy poślubił moją mamę, był 50-letnim wdowcem, bezdzietnym, gdyż pięcioro dzieci z pierwszego małżeństwa Bóg zabrał do Siebie w wieku niemowlęcym. Mama miała wówczas 30 lat i obawiała się nieco poślubić o wiele lat starszego od siebie wdowca. Oprócz tego początkowo i jej mama była niezbyt temu przychylna. Moja mama na kilka lat przed śmiercią wyjawiła mi, że podczas Mszy świętej ślubnej modliła się do Boga w duszy, mówiąc Mu: „Mój Boże, dziś poślubiam człowieka o wiele lat ode mnie starszego, jeśli dasz mi dzieci, ja już dziś Tobie je poświęcam”. Tak więc oto, ja jestem najmłodszą córką z 5-ciorga rodzeństwa, z którego trzy jesteśmy siostrami zakonnymi w tej samej Rodzinie Zakonnej.

Wstąpiłam do Zgromadzenia w wieku 15 lat. Już w dzieciństwie żywiłam miłość do Jezusa Eucharystycznego. Pamiętam, że w drodze do szkoły zachęcałam koleżanki do odwiedzin Pana Jezusa w kościele. Nie przechodziłam obojętnie obok Krzyża czy figurki. Rodzice nauczyli, by oddawać cześć nawet w skrytości serca, a jeszcze bardziej w sposób zewnętrzny. Moja mama nauczyła, słowem i przykładem aby widząc nawet z oddali wieżę Kościoła, odmawiać taką modlitwę: „O Jezu mój, widzę Dom Twój, niech widzę Oblicze Twoje, przez całą wieczność moją”. Miałam piękny przykład wiary mojej całej rodziny, która w każdą niedzielę uczestniczyła we Mszy św., często przystępowała do sakramentów świętych, szanowała kapłanów, żywiła prawdziwe nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Moja mama często odwiedzała chore osoby, często zabierając i mnie ze sobą. Podpatrzyłam też moją siostrę Jadzię (siostrę Mieczysławę) jak w niedzielą po powrocie z kościoła brała Pismo św. i szła do pokoju i tam w samotności je czytała. Gdy wstąpiła do Zgromadzenia, pamiętam, że i ja czasami szłam w jej ślady. Wybierałam zawsze fragmenty mówiące o Męce Pańskiej.

W mym sercu stopniowo rodziło się pragnienie zostania siostrą zakonną. Pamiętam, jak o to się modliłam, nieraz i na głos, ale tak by nikt nie słyszał: „Panie Jezu, powiedz i do mnie: Pójdź za Mną, jak powiedziałeś do moich dwóch sióstr”. To pragnienie wstąpienia do Zgromadzenia wyjawiłam moim rodzicom na krótko przed wstąpieniem. Pamiętam doskonale ten moment, kiedy to z moją mamą, której najpierw powiedziałam, zwróciłam się do tatusia prosząc go o zgodę. Tatuś po wysłuchaniu mej prośby, cały rozpromieniony radością, ze łzami szczęścia w oczach powiedział: „Niech Bóg będzie błogosławiony za to, że wybiera sobie kwiaty z mego ogrodu”. Tak więc zgodził się chętnie, użyczając mi swego ojcowskiego błogosławieństwa, całując mnie z radością.

28 lipca 1967 roku opuściłam dom rodzinny i w towarzystwie mojej najstarszej siostry – siostry Cherubiny, która w tym czasie była w domu na urlopie, udałam się do domu zakonnego. W 1975 roku złożyłam wieczystą profesję. Przez 16 lat pracowałam w Zgromadzeniu jako katechetka, przygotowywałam dzieci do pierwszej spowiedzi i Komunii św. Bardzo mi się podobała praca wśród dzieci i kontakt z ich rodzicami.

Odpowiadając na apel Kościoła w Polsce, w związku z pielgrzymką Papieża Jana Pawła II do Ojczyzny w roku 1987, Zgromadzenie nasze podjęło decyzję wysłania kilku sióstr do pracy misyjnej – jako „dar Ojcu Świętemu”. Nasza matka generalna siostra Cherubina Radzewicz szukała chętnych sióstr do pracy w Gioia del Colle, w szpitalu dla ludzi chorych na trąd. Po długiej, żarliwej modlitwie i refleksji, z wyraźną pomocą św. Tereni, Dobry Bóg dał mi zrozumieć, że moje miejsce jest tam, w Colonii Hanseniana, gdzie ON czeka na mnie w osobach cierpiących. Tak więc posłuchałam głosu sumienia, głosu Boga, który pragnął oczyścić moje serce i oderwać od przywiązań ludzkich, takich, które nie są godne Jezusa – Oblubieńca.

Od 18 października 1988 roku, razem z moimi współsiostrami, wypełniałam posługę wśród chorych na trąd w Colonii Hanseniana. Dziś po 50 latach od złożenia profesji zakonnej, mogę powiedzieć z duchem radosnym, przepełnionym wdzięcznością wobec Boga, moich współsióstr i wszystkich osób, które spotkałam w mym życiu, że jestem szczęśliwą, z imienia i faktu. Mogłam realizować pragnienie serca, nie czyniąc wielkich rzeczy, ale te małe, codzienne czynności mi powierzone, w duchu zawierzenia, jak nas naucza św. Terenia. Oczywiście byłam i jestem wciąż podtrzymywana w momentach trudnych przez Miłosierną Miłość Boga i macierzyńską Miłość Maryi. I tak z ufnością pragnę iść naprzód.

Jakże prawdziwe są Słowa z Księgi Powtórzonego Prawa, w odniesieniu do mego życia:

Pan niósł cię, jak niesie ojciec swego syna, całą drogę, którą szliście, aż dotarliście do tego miejsca”.

(Pwt 1, 31)

s. Felicja Radzewicz

Jezus pamiętał o mnie i cierpliwie czekał

Każdy człowiek przychodząc na świat ma jakieś powołanie. I jeśli uda mu się je rozpoznać i zrealizować, jest naprawdę szczęśliwy. Moje powołanie przejawiło się w latach dziecięcych. Ale byłam wtedy zbyt mała i niedojrzała żeby odpowiedzieć Bogu „tak”. Kiedy byłam wśród dziewcząt, koniecznie chciałam zostać siostrą zakonną, ale kiedy przebywałam w towarzystwie chłopców, to od razu o wszystkim zapominałam. Ale Jezus pamiętał o mnie i cierpliwie czekał. Tak jak każda nastolatka marzyłam o czymś dalekim i nieznanym. Jeśli myślałam o zakonie, to o jakimś dalekim. Nie wiem dlaczego, ale nigdy nawet nie brałam pod uwagę klasztoru sióstr Terezjanek, który był tuż obok, do którego nie trzeba było daleko jechać. Wystarczyłoby tylko zrobić parę kroków i zapukać do drzwi. Może dlatego, kiedy pewnego dnia jedna z sióstr Terezjanek poprosiła mnie o pomoc, ja butnie odpowiedziałam, myśląc, że ona po prostu chce mnie zwerbować do swego Zgromadzenia, że nigdy nie będę w jej klasztorze. Ale po upływie trzech lat Jezus powołał mnie właśnie do tego Zgromadzenia.

Odtąd już „nigdy nie mówię nigdy” i patrzę w przyszłość z nadzieją ufając Bożej Opatrzności. Mając 19 lat wreszcie odpowiedziałam Bogu „tak” na Jego wezwanie. Od tego momentu moje życie stało się cudowną a jednocześnie przepełnioną trudnościami pielgrzymką do świętości – małą drogą św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Miałam takie pragnienie, żeby głosić Ewangelię na misjach. Bardzo chciałam gdzieś pojechać, ale po trzech latach spędzonych w Polsce, zrozumiałam, jak bardzo kocham swoją ziemską Ojczyznę, dlatego nie mogę wyjechać na misje. Zresztą i na Ukrainie jest dużo pracy i ktoś to musi robić. W pogodzeniu z Bożymi planami bardzo pomogła mi św. Teresa. Z całego serca ona pragnęła być męczennicą jak święci apostołowie, albo misjonarką, chciała być pokorną jak św. Franciszek z Asyżu, ale Bóg chciał ją mieć wyłącznie tylko dla siebie, w klasztorze klauzurowym. Ona kochała Go tak, jak On pragnął i była posłuszna Jego woli. Realia naszego czasu pozwalają mi lepiej zrozumieć naszego Założyciela Adolfa Piotra Szelążka, który w czasie drugiej wojny światowej pomagał polskim wojskowym. On stał się dla mnie wzorem XXI wieku. Ja też staram się ogarniać modlitwą i miłością ukraińskich wojskowych, którzy bronią ideału wolności, niepodległości jak również ludzkiej godności na mojej ziemi. Trzeba tylko Boga postawić na pierwszym miejscu w swoim życiu i wtedy ono mimo trudności będzie miało sens. Nie trzeba bać się mówić Bogu „tak” w codziennych wyborach swego życia, bo On zna nas bardziej niż my samych siebie.

s. Antonina Puchalska

Pan Bóg wskazał mi drogę ustami mego taty

Pochodzę z parafii Smolniki, diecezji ełckiej. Od profesji zakonnej do chwili obecnej upłynęło 56 lat, powrót pamięcią do tamtego czasu, do korzeni swego powołania, jest łaską, za którą ponownie mogę podziękować Bogu. Na wybór życia zakonnego, wielki wpływ wywarła moja naturalna rodzina. Rodzice starali się żyć zgodnie z przykazaniami Bożymi, ich normą była codzienna wspólna modlitwa, coniedzielna Eucharystia, szacunek do Kościoła i kapłanów. Jak tylko pamiętam, w niedzielę zwłaszcza w adwencie budził nas śpiew Godzinek do Najświętszej Maryi Panny, (tata śpiewał w chórze parafialnym). W naszej rodzinie urodziło się pięcioro dzieci (tatuś żeniąc się z mamą, był już wdowcem i ojcem również pięciorga dzieci, które wkrótce po urodzeniu odchodziły z tego świata, na koniec odeszła żona).

Mama wychodząc za mąż, miała 32 lat życia i doświadczyła trudów życia. Pomagała swojej owdowiałej matce w wychowywaniu młodszego rodzeństwa, była najstarszą wśród dwanaściorga dzieci.

Pamiętam, że rodzice w życiu codziennym autentycznie kierowali się wolą Bożą i wielkim zaufaniem do Boga. Mama mówiła, że będąc jeszcze panienką, pragnęła mieć więcej dzieci by móc je oddać Bogu. Bóg wysłuchał cichego pragnienia, i łaskawie wejrzał, powołując do życia zakonnego trzy jej córki.

Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy przyszła myśl o życiu zakonnym, wiem tylko, że bardzo wcześnie, choć w międzyczasie przychodziły różne myśli. Decydującą chwilą, kiedy już powiedziałam mamie, że chciałabym pójść do zakonu, były wakacje. Wtedy młodsza siostra zamierzała podjąć dalszą naukę w Liceum Pedagogicznym. Obawiałam się, że po jej wyjeździe nie będę mogła spełnić swego pragnienia. Mama po rozmowie ze mną powiedziała mi: “jesteś starsza i ty pierwsza wybieraj”. W najbliższą niedzielę po Mszy świętej zabrała mnie do księdza proboszcza śp. Eugeniusza Berezowskiego szukając pomocy w rozeznaniu autentyczności powołania. Pamiętam, – ksiądz miał krytyczny sąd ale i realistyczne spojrzenie na życie zakonne. Opowiadał różne historyjki, być może prawdziwe, a może chciał wypróbować moje powołanie, ale mimo wszystko, nie zmieniłam zdania. Po jakimś czasie ksiądz proboszcz napisał list i skierował mnie do sióstr w Studzienicznej (Siostry Rodziny Maryi).

Pan Bóg prosto pisze nawet na krzywych liniach. Już jadąc do Studzienicznej, przyjechałam z rodzicami do Suwałk. Nie wiem dlaczego długo w tym czasie nie było autobusu, być może, został kurs odwołany, zdecydowałam – jadę pociągiem. Po pewnej chwili tatuś zauważył siostrę zakonną przed kościołem św. Aleksandra. Była to siostra Katarzyna Fabisiak i powiedział mi: „Zobacz tu jest jakaś siostra, po co masz szukać gdzieś daleko”. Bez chwili zastanowienia podbiegłam do siostry i powiedziałam jej o swoim zamiarze; szukam klasztoru. Siostra zaprosiła nas do domu gdzie mieszkała – był to piątek, pamiętam po drobnym szczególe, siostra poczęstowała nas jajecznicą. Po rozmowie z siostrami zaraz napisałam list do matki generalnej i poprosiłam o przyjęcie do Zgromadzenia. Od tego czasu, kilka razy w tygodniu odwiedzałam siostry, po prostu „ciągnęło” mnie to miejsce. W domu, częste wyjazdy, wzbudziły zainteresowanie. Stryjek mieszkający z nami zapytał najmłodszą siostrę – dziś siostrę Felicję – dlaczego tak często jeździ? Siostrzyczka odpowiedziała: „czegoś do zakonu”. Po powrocie doświadczyłam małej próby swego powołania ze strony stryjka. Tato też tłumaczył, że jestem jeszcze za młoda.

Po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi w dniu 2 sierpnia razem z siostrami jadącymi na rekolekcje zakonne wyjechałam do klasztoru w Rychnowie. Po zakończonych rekolekcjach zostałam przez matkę generalną skierowana na drugi kraniec Polski, do Ścinawki Dolnej k. Kłodzka, gdzie jest prowadzony Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci.

Ta przygoda, rozpoczęła się w sierpniu 1961 r. W trudnych chwilach, zawsze miałam w pamięci, że jestem na właściwej drodze i we właściwym Zgromadzeniu, bo to Pan Bóg mi ją wskazał ustami mego taty. Powołanie odbieram, jako bezpośrednią interwencję Boga i szczególne dotknięcie Jego łaski.

Wracając pamięcią wstecz, dostrzegam – ile Pan Bóg udzielił łask. Mając w sercu poczucie ludzkiej słabości, lepiej dostrzega się zaufanie Pana Boga zapraszającego do współpracy, a w duszy rodzi się wielka wdzięczność, bo życie zakonne – mimo wielu trudności – jest piękne. A jeśli jest przeniknięte łaską Bożą daje radość i pokój serca. Wiem, że Bóg rzeczywiście mnie powołał. Po prostu mam pewność; choć nie przekreśla to w żaden sposób wolności człowieka. Byłam zawsze szczęśliwa ze swego wyboru i gdybym wybierała jeszcze raz, wybrałabym życie zakonne. Codziennie Bogu dziękuję i proszę, abym jak najlepiej Mu służyła do śmierci. Chwała Panu za dar powołania.

s. Cherubina Radzewicz