„Liczę na to, że nie będę bezczynna w niebie.
Pragnieniem moim jest pracować dalej dla Kościoła i dla dusz, o to proszę Boga, i jestem pewna, ze mnie wysłucha”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Zawsze lubiłam pomagać

Katarzyna Cząba urodziła się w Rzeszowie, ale mieszkała w Wysokiej Głogowskiej. Ukończyła Uniwersytet Rzeszowski na kierunku fizjoterapii. Jej ulubiony kolor to zielony i czerwony. Interesuje się medycyną i muzyką, a w wolnych chwilach lubi tańczyć. W 2018 roku zdecydowała się wyjechać do Boliwii, jako świecka misjonarka.

Na czym polega bycie świecką misjonarką?

Świecka misjonarka to zwykła osoba, która wyjeżdża do kraju misyjnego, by głosić Ewangelię i pomagać potrzebującym. Świeccy misjonarze mają różne profesje i obowiązki, najczęściej związane z zawodem, który wykonują.

Kiedy pojawiła się u Ciebie myśl, pragnienie, by wyjechać na misje?

Kiedy byłam nastolatką chodziłam na piesze pielgrzymki do Częstochowy. Bardzo mi ich brakuje na misjach. Podczas pielgrzymowania nauczyłam się innym pomagać. Zawsze lubiłam pomagać. Jak tylko skończyłam 18 lat poszłam oddać krew do Punktu Krwiodawstwa, nie mówiąc nic nikomu. Odkąd pamiętam, chciałam pomagać potrzebującym. Z czasem to pragnienie przeobraziło się w marzenie, by pojechać do Afryki i wybudować studnię dla ubogich mieszkańców Czarnego Kontynentu.

Perspektywa pracy misyjnej poszerzyła się dzięki siostrom Terezjankom. Siostra Nikodema Czerniecka zaprosiła mnie do sióstr na rekolekcje do Wasilkowa. Pamiętam, że wylosowałam wówczas cytat z Pisma Świętego z Księgi Izajasz: Wybrałem Cię i powołałem od łona Matki. Zaczęłam rozeznawać swoje powołanie, ale jeszcze nie wiedziałam, dokąd Bóg mnie poprowadzi. Miałam jednak głębokie przekonanie w sercu, że będą to misje.

Jak rozpoczął się Twoja współpraca z siostrami Terezjankami?

Bóg działa w zaskakujący sposób. W roku 2016 w telewizji oglądałam transmisje z wręczenia krzyży misyjnych. Jedną z osób posłanych na misje była znajoma mi siostra Terezjanka Joanna Olszewska. Powiedziałam wówczas do mojej mamy: Znam siostrę Joannę. Ja też pojadę na misje!

W niedługim czasie skontaktowałam się z siostrą Joanną, która zaprosiła mnie do pracy w Oruro z osobami niepełnosprawnymi. I tak się zaczęła moja posługa misyjna. Początkowo przyjechałam do Boliwii na trzy miesiące. Szybko zorientowałam się, że to moje miejsce i po dwóch miesiącach pobytu w Polsce znowu przyjechałam do Oruro. Jestem tu już dwa lata.

Jak zareagowała Twoja rodzina, przyjaciele, gdy dowiedzieli się o pomyśle pracy misyjnej?

Początkowo znajomi i rodzina nie dowierzali, że pojadę na misję. Kiedy się ostatecznie zdecydowałam na wyjazd, najtrudniej było mi powiedzieć o planowanej podróży do Boliwii mojej mamie. Bardzo to przeżywała. Wyjechałam do Boliwii w krótkim czasie po zamordowaniu Heleny Kmieć. Bliscy niepokoili się o moje bezpieczeństwo. Obecnie rodzina akceptuje moje misyjne powołanie, choć często dopytują, kiedy wrócę do kraju?

W jaki sposób przygotować się do pracy misyjnej?

Świeccy misjonarze muszą mieć kontrakt misyjny. Trzeba zgłosić się do biskupa miejsca, gdzie się mieszka i otrzymać posłanie misyjne z diecezji. Pomocą w przygotowaniu do pracy jest Centrum Misyjne w Warszawie. Zazwyczaj edukacja misyjna w Centrum trwa 10 miesięcy. Osobiście przygotowywałam się do pracy misyjnej indywidualnie, sama uczyłam się języka. Na szczęście słownictwo medyczne ma swoje źródło w łacinie, więc w porozumiewaniu się z pacjentami nie miałam problemów. Obecnie boliwijscy znajomi i pacjenci mówią, że posługuję się językiem hiszpańskim coraz lepiej, choć często jeszcze zdarza mi się używać bezokoliczników. Czasem z tego powodu zdarzają się śmieszne sytuacje.

Czym się zajmujesz w Boliwii? Na czym polega Twoja posługa w Oruro?

Jestem z zawodu fizjoterapeutom, a więc na co dzień zajmuję się chorymi. Pomagam dorosłym i dzieciom w ich dolegliwościach fizycznych, ale także rozmawiam z nimi na tematy dotyczące chrześcijańskiej wiary. Staram się przekazać im przesłanie Ewangelii, zachęcam do korzystania z sakramentów oraz tłumaczę im, jak powinien postępować chrześcijanin i co powinien robić, by wzrastać w łasce Bożej. Moje zadanie polega na tym, by być dla Boliwijczyków świadkiem wiary.

Pomagam również siostrom w prowadzeniu Centrum Pastoralnego. Spotykam się z dziećmi przychodzącymi na zajęcia, bawię się z nimi, zachęcam je do aktywności fizycznej, a co najważniejsze opowiadam im o Dobrym Bogu.

W Oruro żyjemy razem w jednym domu, jak rodzina. Mamy z siostrami wspólne codzienne obowiązki: sprzątamy, gotujemy, zmywamy naczynia. Jest szklarnia, w której trzeba pielić i podlewać warzywa. Mamy również na misjach zwierzęta domowe, którymi trzeba się zaopiekować. Potrzeby na misjach są różnorodne. Ważne, by to co się robi, robić z sercem i zaangażowaniem.

Co najbardziej podoba Ci się w Boliwii i co Cię urzekło w tym kraju?

Mieszkańcy Boliwii są ludźmi bardzo życzliwymi, pomagają sobie wzajemnie. Są serdeczni i otwarci na drugie człowieka. Ludzie urzekli mnie najbardziej.

Bardzo spodobał mi się w Boliwii mercado, czyli rynek. Na ulicy można kupić dołowienie wszystko, co chcesz. Dostępne są rzeczy z całego świata, a asortyment rzeczy jest bardzo szeroki – w jednym miejscu możesz kupić kabel i garnek, żelazko i telefon.

Co jest dla Ciebie trudne na misjach w Boliwii?

Obecnie praca misyjna jest cięższa ze względu na panującą pandemię. Bardzo dużo mieszkańców w Oruro choruje. Doświadczamy na misjach lęku o życie swoje i innych.

Czy jest coś, co Ci się nie podoba w Oruro?

Bardzo razi mnie to, że mieszkańcy Oruro nie dbają o higienę i porządek. Gdy przyjechałam do Oruro, pierwsze co zobaczyłam, to góry śmieci zalęgające na ulicach. W mieście nie ma koszy na odpady. Ludzie nie dbają o to, gdzie i jak mieszkają. Gotują i jedzą na ulicy. Staram się edukować dzieci oraz panie pracujące w Centrum Pastoralnym, by dbały o porządek, sprzątały śmieci.

Przebywasz cały czas w Oruro, czy zwiedzałaś inne rejony Boliwii?

Na początku mojego pobytu w Boliwii byłam w Peru, a w czasie wakacji udało mi się z siostrą Joanną Olszewską pojechać do Arcile i Sucre. Ostatnio byłam w La Paz, często odwiedzamy położone niżej miasto Cochabamba. Zwiedzanie jest możliwe tylko wtedy, gdy nieczynne jest Centrum Pastoralne. Jeździmy na wycieczki nie tylko, by coś zobaczyć, ale przede wszystkim, by odpocząć.

Każdy kraj ma swoją kulturę kulinarną. Jak smakują Ci boliwijskie potrawy?

Codzienne posiłki Boliwijczyków są skromne. Na co dzień jedzą ryż, ziemniaki, makaron. Niektóre potrawy boliwijskie są bardzo smaczne, na przykład ciarka, czyli suszone mięso z lamy lub mięso z baraniny, które ma specyficzny smak. Ogólnie smakuje mi kuchnia boliwijska.

Jakie masz plany na przyszłość?

Myślę o wyjeździe do Polski na wakacje, a potem chciałabym wrócić do Oruro. Staram się przedłużyć umowę misyjną na kolejne dwa lata.

Co chciałabyś przekazać osobom, które rozeznają swoje powołanie i zastanawiają się nad posługą misyjną w Kościele?

Ważne jest, by odważnie odpowiedzieć na wezwanie Boga. Bóg jest Dobry i zatroszczy się o każdego, kto pragnie głosić Ewangelię. Poprowadzi właściwymi ścieżkami, tak jak było ze mną. Nie jest łatwo podjąć ostateczną decyzję i później w niej wytrwać, pomimo różnych trudności. Trzeba oprzeć się pokusom świata. Mimo wszystko warto trzymać się drogi, którą się wybrało!

Wywiad przeprowadziła s. Bogumiła Ptasińska CST

 

Podziel się: