„Pracujmy razem dla zbawienia dusz.
Mamy tylko nasze życie – jeden dzień – by je ratować.
Następnym dniem będzie wieczność”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Wojna i aresztowanie

Początki wojny

Trudnym czasem zarówno dla biskupa, jak i diecezji łuckiej był okres II wojny światowej. We wrześniu 1939 roku Łuck i cała diecezja zostały zajęte przez wojska radzieckie. Nowa władza sowiecka wyrzuciła biskupa z jego siedziby, zamknęła kurię i seminarium duchowne. Biskup Szelążek zamieszkał w gmachu dawnego kolegium jezuickiego. Tak sytuacje po wkroczeniu Rosjan opisał sam biskup:

Pamiętnym zostanie rok 1939. Zbliżył się ten potworny polip; ta chmura, nie chmura, swym przenikliwym dymem, trującym i zgniłym, zalega pół Polski. Jego macki natychmiast sięgnęły po dusze dzieci, młodzieży. Na ulicach, w szkołach, na mityngach podczas niezliczonych uroczystości, zabaw, pochodów, wmawiano w te dusze, że Boga nie ma, że religia to kłamstwo, że księża mówią nieprawdę, sami nie wierzą, a tylko lud wyzyskują. Pokazywano encyklopedie z zarzutami przeciwko Kościołowi, religii. Nauczyciele obowiązani byli w swych wykładach walczyć przeciwko Bogu. Zakazywano uczniom, nauczycielstwu, urzędnikom i funkcjonariuszom państwowym uczęszczania do kościołów. Wśród uczniów szkół naznaczono kunktatorów, których obowiązkiem było notowanie kolegów uczęszczających do kościołów. Tworzono specjalne zawodowe szkoły i kursa dla wiejskiej i miejskiej młodzieży. W nich propagandę bezbożnictwa stawiano na pierwszym planie. Systematyczne zebrania w domach prywatnych miały także szerzyć wśród ludności niewiarę. Wszyscy księża, z wyjątkiem zgrzybiałych starców, poddawani byli długotrwałym, często ponawianym badaniom, równającym się torturom moralnym, aby zmusić do porzucenia stanu duchownego i oddania się na służbę komunizmowi. W jednej tylko diecezji łuckiej kilkunastu księży aresztowano, kilku rozstrzelano, kilku zamordowano, duże dziesiątki księży pomordowano w innych diecezjach. Szereg księży deportowano w głąb Rosji, pod Archangielsk i do Kazachstanu. Podobny los spotkał setki tysięcy katolików świeckich.

Gwałty ukraińskich nacjonalistów

Sytuacja nie poprawiła się także od czerwca 1941 roku, tzn. od momentu zajęcia diecezji przez wojska niemieckie. Poza tym od 1943 roku pojawiało się coraz więcej niepokojących informacji o gwałtach ukraińskich nacjonalistów. Odwołajmy się do treści listu z 29 maja 1943 roku, który biskup Szelążek wysłał z Łucka do arcybiskupa krakowskiego Adama Sapiehy:

Statystyki duchowieństwa łuckiej diecezji sformować obecnie nie można. Diecezja jest w stanie płynnym. Od kwietnia 1943 r. Ukraińcy mordują Polaków na obszarze całego Wołynia, zabójstwa pojedynczych osób i rodzin stały się zjawiskiem pospolitym; ludność wielu całych wsi wymordowano. Styrem często płynęły trupy. Morderstwa dokonywane są w sposób najokrutniejszy, świadczący o sadyzmie tych nieludzi. Hasło – rzucone z b[yłej] Galicji – „Śmierć Lachom”, cynicznie powtarzają wszędzie, gdzie mieszkają Polacy. Z jakimś niepojętym ogłupieniem spokojne pozornie sąsiadki – Ukrainki, albo mieszkający w miastach Ukraińcy, przychodzą do polskich domów zapewniają, że trzeba wyrżnąć wszystkich Polaków. Toteż ludność polska całymi wsiami ucieka do miasta lub większych skupień, szukając bezpieczeństwa. Na uciekających napadają mordercy przy drogach. Notują mordy, dokonywane przez „milicjantów” ukraińskich nawet w miastach. Miasta i miasteczka są przepełnione ludnością polską. Parafie liczne, są zupełnie wyludnione. Kościoły stoją pustkami albo zostały zburzone. W Kazimierce, gdzie czczony był obraz Matki Boskiej, słynącej cudami, kościół spalony, obraz zabrany przez chłopów, pod wodzą popa. Kilku już księży zamordowano, masakrując ciała do niepoznania. Na wielu księży dokonano napaści i tylko wyjątkowym zbiegiem okoliczności, nie zdołano dokonać morderstwa. Gdzie pozostały jeszcze kościoły murowane i księża proboszczowie trwają na stanowiskach, księża nocują w kościołach. Wielu księży opuszcza swe parafie i chroni się do miast. W Łucku było dotąd sześciu takich bezdomnych, w obecnej chwili oczekujemy przybycia nowych. Pożary wszędzie na wsiach, naokoło miast.

Dokładny obraz zniszczeń, pozostałych kościołów, pozostałych kapłanów, pozostałych przy życiu katolików Polaków, można będzie podać tylko po skończeniu wojny i uspokojeniu Wołynia.

Kiedy nastąpi to uspokojenie – nikt nie wie i nie może wiedzieć. Obecnie dzień każdy przynosi wieści straszne ze stron wielu.

Do przywołanego powyżej listu dołączony został odpis listu z dnia 29 maja 1943 roku napisanego przez ks. Dionizego Barana, proboszcza parafii Sienkiewiczówka w dekanacie łuckim:

Dnia 27 maja o godzinie siódmej wieczorem w stronę Boremla ujrzeliśmy wielki pożar. Zebrana grupka ludzi osądziła, że to Staatsgut Żabcze się pali. Tymczasem rano naoczni świadkowie opowiadają, że spłonęła cerkiew grecko-katolicka w Żabczu. Szczegóły takie: Ksiądz Jarosiewicz przez maj odprawiał wieczorem nabożeństwa. Otóż tego wieczoru (27) grupa bandytów otoczyła cerkiew i wpędziła ludzi zebranych na nabożeństwie i podpaliła cerkiew. Jak opowiadają, Ksiądz Jarosiewicz spożył Najświętszy Sakrament i stanął przed ołtarzem z monstrancją w rękach, czekając powolnej śmierci w ogniu. Tak zginął w męczeński sposób unita, ks. Jarosiewicz. Hic erat magnus Dei et Ecclesiae amator. Stabat Justus in magna constantia.

W okolicy Boremla (Smyków, Kundziwola, Złoczówka, Żabcze część Kołodeża i po drugiej stronie Styru) od dwóch tygodni powiewają sztandary samostijne, a Ukrainiec stoi na straży z karabinem w ręce, broni swej niepodległości. Rzeczpospolita Smykowska w naszych okolicach energicznie działa, dewizą pracy politycznej ich jest „rizaty Lachiw” (obżynać paznokcie, wyrywać obcęgami palce, wbijać drewniane kołki między żebra, skalpować a w drodze łaski żywcem spalić czy też rozrywanymi kulami zabić. Takie wypadki u nas codziennie się chowa na cmentarzu). Granica samostijnej podsuwa się pod Sienkiewiczówkę; każdej nocy spodziewamy się najazdu Wandalów. Zmobilizowali wszystkich mężczyzn, uzbroili ich w pierwotne narzędzia!- maczugi, widły, kosy, itp. Nie wiem jak długo aczkolwiek młode ale nerwy ludzkie wytrzymają. Jeśli dożyję, to we wtorek będę w Łucku.

Trudną sytuację swojej diecezji podczas okupacji przywołał ordynariusz łucki pisząc już w Kielcach 26 maja 1946 roku list do papieża Piusa XII:

Serdeczne słowa Jego Świątobliwości jakby zawisły nad morzem krwi płynącej, nad jękami licznych tysięcy katolików mojej diecezji, których mordowali banderowcy; jakby zawisły nad chmurami dymu z płonących kościołów katolickich. Z wielu parafii dochodziły codzienne wieści o bestialskim mordowaniu polskich katolików. Tak to przypadł mi los, że nie tylko musiałem patrzeć na ruinę wszystkiego, co przez szereg lat starałem się zbudować ku dobru Kościoła, ale stałem się naocznym świadkiem zagłady wszystkich skarbów, jakie przez nieprzerwany szereg wieków na chwalę Bożą, ku czci Bożej i ku uświetnieniu imienia chrześcijańskiego najlepsi, najznakomitsi i najsławniejsi Pasterze Kościoła fundowali, pieczołowicie przechowywali i naszemu pokoleniu pod troskliwą opiekę przekazali. Stąd nasuwało mi się pytanie, dlaczego mnie to spotkało?

Aresztowanie i wygnanie z diecezji

Latem 1944 roku wojska radzieckie zajęły ponownie Łuck. Pod koniec tego roku Rosjanie zaczęli wysiedlać Polaków z Wołynia. Opuszczenie diecezji i wyjazd do Polski, w zmienionych granicach, nakazano także biskupowi A. Szelążkowi. Zauważmy, że teren diecezji łuckiej znalazł się w całości w Związku Radzieckim. Biskup nie chciał jednak opuścić swojej diecezji. Stawał się przy tym coraz bardziej niewygodny dla nowej sowieckiej władzy, która od początku zajęcia Wołynia inwigilowała go przez agentów NKWD. W nocy z 3 na 4 stycznia 1945 roku biskup został aresztowany. Przez pierwsze dni był więziony w Łucku, a następnie, wraz z innymi aresztowanymi księżmi, między innymi ks. Władysławem Bukowińskim, został przewieziony do więzienia w Kijowie.

Śledztwo biskupa trwało do końca maja 1945 roku, był on przesłuchiwany przeszło 20 razy. Postawiono mu kilka absurdalnych zarzutów, np. że: będąc biskupem diecezji łuckiej utrzymywał nielegalną łączność z papieżem; osobiście kierował zbieraniem informacji o charakterze politycznym w celu dostarczania ich do Watykanu; posyłał emisariuszy Watykanu na terytorium wschodniej Ukrainy; prowadził antysowiecką nacjonalistyczną działalność propolską; kierował działalnością księży, która zmierzała do zerwania porozumienia lubelskiego o przesiedleniu Polaków; wreszcie, że prowadził destrukcyjną działalność wobec władzy sowieckiej. Chciano go poddać najwyższemu wymiarowi kary, czyli karze śmierci przez rozstrzelanie wraz z konfiskatą całego majątku.

Opis śledztwa oraz pobyt biskupa w więzieniu pozostawił nam w swoich wspomnieniach ks. Władysław Bukowiński. Przytoczmy fragment, który dotyczy opisu celi więziennej oraz zachowania w niej biskupa:

Wielka sala kształtu wydłużonego prostokąta. Naprzeciw drzwi wejściowych dwa okna duże, lecz zakratowane i zaopatrzone w tak zwane „kosze” tak, że widać przez nie tylko skrawek nieba. Jedynym meblem była słynna „parasza” czyli wielki i odpowiednio cuchnący kubeł. Poza tym nic więcej, nawet żadnych materaców. Zamiast materaca własne palto i spodnie, zamiast poduszki własnoręcznie sfabrykowany tłumok, najczęściej trzewiki owinięte w kurtkę. Na tak zaimprowizowanym materacu w dzień się siedziało z wyciągniętymi nogami, a w nocy leżało, Nawet jeśli więzień miał coś więcej ze sobą, to wszystko należało zdać do przechowalni i nie wolno było brać ze sobą do celi więziennej. […]

Jacyż byli nasi koledzy w tej celi? Było ich wielu, bo liczba więźniów w naszej celi wahała się od 30 do 50. Element był bardzo różnolity, „raznoszerstnoje obszczestwo” – jak mówią Rosjanie. Mniej więcej połowę tego towarzystwa stanowili wieśniacy – kołchoźnicy z okolic Kijowa. Z pośród ludzi miastowych grupę najbardziej wyrazistą i hałaśliwą tworzyli „żulicy”. Zawsze bywało i paru inteligentów. Polaków było mało.

Ks. Biskup miał tylko jedno życzenie, by jego posłanie znajdowało się w kąciku. Ponieważ jednak najlepsze kąciki koło obu okien bywały zawsze zajęte przez żulików, przeto Biskup godził się, by jego posłanie umieścić w kącie koło drzwi wejściowych, choć było to w pobliżu „paraszy”. W tym kącie Biskup długo się modlił na klęczkach każdego dnia rano i wieczorem. Oprócz tego wszyscy razem głośno odmawialiśmy trzy razy dziennie różaniec, a rano recytowaliśmy z pamięci Mszę św. To wszystko to robiło niemałe wrażenie na naszych towarzyszach, a niektórzy z nich, nie tylko Polacy, stale w skupieniu słuchali naszych modlitw.

W czasie pobytu biskupa w więzieniu podejmowano intensywne starania o jego uwolnienie. Były one wspierane przez Stolicę Apostolską, biskupów z Polski, a także dyplomację amerykańską. Szczególnie zaangażowany w uwolnienie biskupa łuckiego był biskup kielecki Czesław Kaczmarek. Dodajmy, że ordynariusz kielecki był uczniem biskupa Szelążka, obaj byli kapłanami diecezji płockiej. Zabiegi dały pozytywny skutek. Dnia 6 maja 1946 roku podjęto decyzję o przymusowej deportacji biskupa do Polski. Dnia 15 maja 1946 roku biskup został zwolniony, musiał jednak opuścić swoją diecezję. Rozpoczął się nowy okres w historii życia biskupa łuckiego, okres wygnania, który trwał do jego śmierci.

Dk. Waldemar Rozynkowski

Podziel się: