• Flaga Ukrainy

„Liczę na to, że nie będę bezczynna w niebie.
Pragnieniem moim jest pracować dalej dla Kościoła i dla dusz, o to proszę Boga, i jestem pewna, ze mnie wysłucha”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Rodzina Martin_7

Powalony dąb

– Ludwiku, coś taki blady? – przywitała Zelia męża.

– Wracam od ojca. Smutno, ale paraliż objął połowę jego ciała. Leży nieruchomy, ale jest zupełnie przytomny. Kazał przyprowadzić do siebie przede wszystkim kapłana. Chce przygotować się do spotkania z Panem. Lekarz nie rokuje mu więcej życia, jak piętnaście dni.

– Jeszcze tydzień temu go widziałam. Szedł jak zwykle swym wojskowym sprężystym krokiem, z głową do góry, wyprostowany. Nikt z ludzi nie przypuszczał, że ma osiemdziesiąt osiem lat. A tu masz, legł jak powalony dąb. Jaką kruchą istotą jest człowiek. Zajmij się Ludwiku dziećmi, a ja pobiegnę do teściów. Trzeba będzie może pomóc mamie.

Za chwilę do mieszkania państwa Martin przy ulicy Pont-Neuf pukała Zelia. Drzwi otworzyła staruszka z poważną, ale spokojną twarzą.

– Ach to ty dziecko, dobre masz serduszko, że przychodzisz do nas w takiej chwili.

Zelia zdumiała się… Takie nieszczęście, a tu na twarzy teściowej żadnego zamieszania, trwogi czy nawet goryczy – tylko głębia pokoju. Za chwilę znalazła się przy łóżku teścia. Nie wiedziała, co powiedzieć. W oczach jej pojawiły się łzy.

– Ho, ho, Zelia płacze, ładny to z ciebie anioł pocieszyciel – zaśmiał się chory głucho – normalna rzecz. Przecież od czegoś musi się zacząć umieranie. Drogie dziecko, śmierć i ja – starzy znajomi. Kiedy walczyłem pod sztandarami Napoleona, na iluż polach walki czułem ją koło siebie. Ale ona wtenczas kaprysiła: jeszcze nie teraz, zresztą nie jesteś w moim guście. Nie lubię takich, co się mnie nie boją. – Kłanialiśmy się i ona odchodziła. Ale dzisiaj przyszła i powiedziała mi: no kapitanku, czas iść do raportu, ale nie przed oblicze wodza z gromowładnym spojrzeniem, ale przed oblicze Ojca. Dom Ojca już otwarty dla ciebie… – No, nie płacz dziecko, przecież i tak się tam wszyscy spotkamy, przygotuję dla was dobre miejsce, tylko mi zaufajcie…

Kiedy Zelia wracała do domu, ściskało się jej serce trwożnie. W uszach brzmiały słowa teścia: Przecież od czegoś musi się zacząć umieranie. Jaskółczy lęk wstrząsnął nią.

– U mnie już się zaczęło.. dlaczego tak wcześnie… Idzie przygotować dla nas miejsce w domu Ojca… Chryste wspomóż moją wiarę, pomóż mi, bo ciemność w duszy mojej… – Po drodze wstąpiła do kościoła.

– O Chryste! – szeptały boleśnie jej usta – nie chcę umierać. Będę walczyła ze śmiercią. A walczyć z nią będę dając życie. Chcę przecież mieć syna, który będzie księdzem, który głosiłby prawdę Twych słów, Chryste: ,,Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł żyw będzie.”

Obliczenia lekarzy okazały się mało ścisłe. Agonia napoleończyka trwała nie dwa tygodnie, ale całe dziesięć. 27 czerwca 1865 r. Zelia pisze do brata:

Mój teść umarł wczoraj o pierwszej po południu. W ostatni czwartek otrzymał sakramenty święte. Umarł jak święty. Jakie życie, taka śmierć. Nigdy nie przypuszczałam, że to może zrobić na mnie takie wielkie wrażenie. Czuję się przygnębiona.

Biedna moja teściowa spędzała wszystkie noce na pielęgnowaniu chorego, w ciągu dwóch i pół miesiąca nie przyjęła niczyjej pomocy. Sama go ubrała i siedzi przy zmarłym dzień i noc. Ona ma nadzwyczajną odwagę i wiele pięknych przymiotów. Wyznaję ci, że śmierć mnie przeraża. Widziałam teścia, on ma ręce takie sztywne i zimną twarz. Nie mogę myśleć, że będę tak widziała moich bliskich, albo że oni mnie tak zobaczą… O ile ty jesteś przyzwyczajony do widoku śmierci, o tyle ja dotąd nie widziałam jej nigdy tak z bliska.

o. Władysław Kluz OCD

Fragment książki: Dobre drzewo

Podziel się: