Historia się powtarza
Wzorowy porządek i idealna czystość znamionowała szpital w Alencon. Kancelaria szpitala była szczytem kunsztu elegancji połączonej z wyszukaną prostotą. Twarze dwóch niewiast, które tam się znajdowały, zdradzały niepewność i jakby lęk. Podobieństwo rysów wskazywało, że to matka z córką. Milczały. Ciszę przerwało ciche westchnienie córki. W twardym wzroku matki błysnęło coś na kształt współczucia.
Wtem bezszelestnie otworzyły się drzwi. Na widok zakonnicy przekraczającej próg, wstały przybyłe interesantki.
– Jestem przełożoną domu. Czego panie sobie życzą?
– Proszę siostry, córka moja chce wstąpić do zakonu Sióstr Miłosierdzia. Prosiła mnie, abym ją tutaj przyprowadziła. Co też i uczyniłam.
– Jak ci na imię moje dziecko?
Pod wpływem głosu tchnącego życzliwością, kilkunastoletnia panienka podniosła wzrok z ziemi i zatrzymała go na twarzy okolonej białym kornetem.
– Zelia Guerin.
– Prosiłabym panią – tu zakonnica zwróciła się do matki – aby pni przeszła do drugiego pokoju. Chciałabym sama z Zelią porozmawiać.
Zostały same. Usiadły naprzeciw siebie.
– Kiedy urodziłaś się?
– 23 grudnia 1831 roku w Gandelain. Od roku 1843 mieszkam z rodzicami w Alencon.
– Czy jesteś jedynaczką?
– O nie. Mam jeszcze starszą siostrę Marię Ludwikę i młodszego brata Izydora.
– Jakie stanowisko zajmuje twój ojciec?
– Najpierw był żołnierzem napoleońskim, później żandarmem, a obecnie jest na emeryturze. Pomaga sobie teraz pracą ślusarza.
– Gdzie się uczyłaś?
– Jako eksternistki uczyłyśmy się z siostrą u zakonnic Najświętszego Serca.
– Co tobą powoduje, że pragniesz wstąpić do zakonu?
Oczy Zelii zabłysły.
– Siostro Przełożona. Jestem spragniona miłości.
– Co mam przez to rozumieć? Wzrok zakonnicy stał się badawczy, sędziowski.
– Jestem spragniona miłości – powtórzyła Zelia z akcentem zdecydowania. – Nigdy, od samego dzieciństwa nie doznałam żadnych objawów miłości czy serdeczności. Nie ulega wątpliwości, że rodzice mnie kochają, ale na swój sposób. Ojciec, dawny wojskowy, przyzwyczajony do musztry wojskowej i rozkazywania, nie umiał się nigdy zdobyć na serdeczniejsze słowo czy życzliwy gest. Matka nie odbiegała daleko od ojca swoim postępowaniem. Żadna pieszczota nie była moim udziałem. Pytało się nieraz moje serce: po cóż żyć na świecie, jeżeli jest się nie kochanym i niezrozumianym? Dopiero w ciszy kaplicy sióstr Najświętszego Serca, wobec wystawionego Pana Jezusa w Eucharystii zrozumiałam słowa św. Jana: „Bóg jest miłością”. Och, jak mi tam przed Jezusem było dobrze na modlitwie. Czułam się kochaną i sama kochałam. Całymi godzinami rozważałam Boską miłość, która umie dawać duszę swoją za przyjaciół swoich…
– A dlaczego, drogie dziecko, nie prosisz o przyjęcie sióstr Najświętszego Serca, tylko chcesz wstąpić do zakonu św. Wincentego a Paulo?
– Wielebna siostro. Tak często na modlitwie słyszałam słowa Chrystusa: „Przykazanie moje daję wam, abyście się społecznie miłowali, jakom Ja was umiłował.” I oto obudziło się we mnie pragnienie ukochania wszystkich ludzi dla Chrystusa. A przede wszystkim chciałabym się stać służebnicą Chrystusa w braciach naszych najbardziej potrzebujących opieki, to jest chciałabym służyć chorym, opuszczonym, nędzarzom… Pragnę wszystkim nieszczęśliwym pokazać prawdziwą miłość, na wszystkich twarzach budzić uśmiech, a w sercach ludzkich, czasem już pełnych popiołu i rozpaczy i spalonych pragnień – odgadywać iskrę nadziei w dobroć człowieka i rozdmuchać ją w ognisko wiary w miłosierdzie i dobroć Boga.
Policzki Zelii zaróżowiły się delikatnym rumieńcem. Widać było, że jej słowa, to nie dawno przemyślana, retoryczna, pełna patosu deklamacja, ale to jest szczere wyznanie, długo tajone, a teraz lawiną wydobywające się z głębi serca.
Zapanowało milczenie. Zakonnica miała zamknięte oczy. Zadumała się głęboko, a może myślą pobiegła do stóp Ukrzyżowanego Chrystusa zapytać o radę. Kiedy otworzyła oczy, spostrzec można w nich było zdecydowanie.
-Drogie dziecko. Przedziwne są zamiary Boga wobec duszy człowieczej. Nam ludziom nie zostaje nic innego, jak tylko wypełnić plany Boże wobec nas. Gdybyśmy chcieli dojść do celu życia inną drogą, niż nam wyznaczył Ojciec niebieski i to od wieków, to życie nasze stracone. Jeżeli chodzi o twoją osobę, to mogę z całą odpowiedzialnością słów stwierdzić, że życie zakonne nie jest dla ciebie. Dlaczego? Przyszłość ci sama da odpowiedź.
Do oczu Zelii napłynęły łzy.
– Twoim powołaniem – ciągnęła nieubłagalnie zakonnica – to założenie chrześcijańskiej rodziny. To założenie gniazdka, skąd wyfruną pisklęta, święte pisklęta…
– Ależ proszę siostry, ja boję się świata, boję się zarazić brudem grzechowym otoczenia.
– Jeśli wolą Bożą jest, abyś została na świecie, to widocznie Pan Bóg ma zaufanie do ciebie, że nie tylko świat nie zepsuje ciebie, ale odwrotnie, ty „zarazisz” świat wiarą Boga i pogodą ducha. Patrz Zelio… – ręka zakonnicy wyciągnęła się ku promieniowi słonecznemu. Patrz, gdzie ten promień pada. Na strzeliste wieże katedr, wyniosłe pychą właściciel kamienice, na lasy przesycone żywicznym zapachem, na kobierce łąk przetykane kwiatami, na falujące łany zboża, jak również i na… bagno. I o dziwo. Chociaż ten promień słoneczny pada na błoto, sam się nie brudzi. Zawsze zostaje czysty, krystaliczny, o złocistym odcieniu. Ale za to, co się dzieje z błotem? Pod wpływem tego promienia błota coraz mnie, kurczy się, znika i oto po jakimś czasie, na miejscu bagna zjawia się zieleń świeżej trawy. Choćby ci przyszło żyć wśród najgorszych ludzi, nie wolno ci się od nich brudzić namiętnością i grzechem. Odwrotnie, pod wpływem twego niezłomnego trwania przy dobrym, na widok twej słonecznej, pogodnej afirmacji życia otoczenie twe powinno się odrodzić w poznaniu prawdy nowo odkrytej i w moralności chrześcijańskiej. A teraz muszę cię pożegnać, bo dyżur mój na Sali operacyjnej się zbliża…
Wkrótce Zelia znalazła się w kościele. Uklękła jak najbliżej Jezusa ukrytego w tabernakulum. Ukryła twarz w dłoniach. Jak długo modliła się – sama nie umiałaby odpowiedzieć. Zapamiętał sobie tylko swą prośbę do Chrystusa: – Mój Boże! Ponieważ nie jestem godną być Twoją oblubienicą, wstąpię w związek małżeński, ażeby wypełnić Twoją wolę świętą, a wtedy, Bożej mój, daj mi dużo dzieci i nich one wszystkie będą Tobie poświęcone.
W mroku nawy klęczała matka Zelii. Otarła łzy nieporadności. Mimo pozorów szorstkości miała przecież kochające dzieci serce matki…
o. Władysław Kluz OCD
Fragment książki: Dobre drzewo
















