W Lisieux jest dość dużo białych bądź utrzymanych w karmelitańskich kolorach rzeźb przedstawiających Terenię (np. nad wejściem do ermitażu, w klasztornym ogrodzie) bądź też ją z ojcem (np. w ogródku przy „Buissonnets”). We wszystkich miejscach związanych z panną Martin rosną róże: białe, czerwone, żółte, różowe – posadzone na pamiątkę słów św. Teresy, która powiedziała, że po śmierci będzie z Nieba spuszczała na ludzi deszcz z płatków róż jako wymodlonych dla nich łask. Ten napis („je ferai tomber une pluie de roses”) widnieje w kilku miejscach, m. in. na wewnętrznym sklepieniu Bazyliki. Nic zatem dziwnego, że w przestrzeni związanej z największą świętą doby modernizmu spotykamy wszędzie te pełne symboliki kwiaty.
W ogóle miasteczko jest zadbane, rosną w nim też kasztanowce i pigwy (we wrześniu właśnie dojrzały) oraz kwiaty w pięknie zaaranżowanych klombach. Na deptaku na trasie między Karmelem a katedrą jeden z szerszych chodników jest pomalowany w płatki czerwonych róż. Bardzo to wzruszające. Wszędzie, zwłaszcza w hotelu przy klasztorze, w Karmelu, gdzie spoczywają doczesne szczątki Świętej i gdzie odprawiane są nabożeństwa również dla świeckich, w przylegającym do tego kościoła muzeum św. Tereski, w Buissonnets, w katedrze i w Bazylice odczuwa się żywą obecność św. Teresy.
Nawet w przykarmelitańskiej księgarni, gdzie można kupić ciekawe albumy, książki, fotografie itd. z nią związane panuje Boża atmosfera. Nie wszyscy w Lisieux są katolikami. Podobno, jak mówiła przewodniczka, praktykujących katolików jest tam 14%, choć w diecezji Bayeux to wyznanie deklaruje 58,6%; w drodze z dworca kolejowego do Karmelu widać zbór protestancki, wielu mieszkańców w ogóle nie wierzy w Boga, a tym bardziej nie żywi kultu dla św. Teresy, ale ogólnie w całym mieście odczuwa się jej duchową obecność. Już zresztą na dworcu wita na napis, że jest to miasto tejże Świętej. Na każdym kroku ten fakt jest pielgrzymom (i mieszkańcom) przypominany.
Gdy szliśmy do jej domu nieco pod górę, malowniczymi uliczkami, naprzemiennie padał deszcz i świeciło słońce. Myślałam kiedyś, że państwo Martin mieli większy dom, z zewnątrz nawet taki się wydawał. Wewnątrz jednak było dość kameralnie. Niemniej jednak swobodnie zmieścili się wszyscy pielgrzymi.
Na dole „porządku” pilnowała siostra w szarym habicie i jedna osoba świecka, mówiąca po polsku. Wnętrze domu wcześniej oglądałam w internecie. Teraz pokazano nam zegar, jaki mógł zrobić Ludwik Martin (był zegarmistrzem), meble ich własne bądź rekonstrukcje z epoki, na piętrze pokój dziewczynek z sukni komunijną i z zabawkami Leonii. Pokazano nam też łóżko Tereski. Dziewczynka raz bardzo mocno zachorowała, gdy – po ludzku rzecz biorąc – nie było dla niej ratunku, figurka Matki Bożej jakby ożyła i uśmiechnęła się do niej. Po tym zdarzeniu przyszła Święta wróciła do zdrowia. Figurka nazywa się m. in. Matki Bożej Uśmiechu lub Dziewicy Uśmiechniętej. Terenia wzięła ją z sobą do Karmelu i tam jest oryginał, w „Buissonnets” przy łóżku świętej jest jej kopia. Inna kopia znajduje się np. w Polsce – w Przemyślu. Mówi się, że w życiu św. Teresy nie było cudów. Ale to właśnie był cud.
Święta, już jako zakonnica żywiła kult do świętych karmelitan hiszpańskich: św. Teresy z Avilà i św. Jana od Krzyża. Ich figury stoją w kościele karmelitańskim między muzeum a miejscem jej grobu. Dziś mówi się o Doktor Kościoła z Avilà – „Wielka Teresa”, a o 24-letniej Doktor Kościoła z Lisieux – „Mała Teresa”.
Na zakończenie chciałabym jeszcze dodać, że wszędzie w Lisieux było mi dobrze, tak w miejscach sakralnych, jak i świeckich, np. w restauracji, gdzie jadaliśmy pyszne obiady. Czułam się jak w Niebie w 1-osobowym (specjalnie sobie wykupiłam jedynkę) pokoju z oknem na klasztorny ogród, stołówkę, kościółek dla pątników i pomnik św. Teresy, no, i róże posadzone wzdłuż niektórych alejek.
Oczywiście, nie jest to miasteczko, w którym trwa nieustanna sielanka. Raz widziałam podpitych ludzi awanturujących się na ulicy; gdy już wracaliśmy z bagażami na dworzec, zaczepiła mnie cyganka, a gdy nie miałam możliwości wręczyć jej cokolwiek, spytała, czy jestem Polką i z wyraźną dezaprobatą na twarzy i szeptami (aż mi ciarki przeszły po plecach) pokiwała głową. Bóg dał mi jednak podczas całej tej pielgrzymki szansę na odcięcie się od prozy, a nawet mroków życia i rozradowania się w duchu. Nieraz nawet nachodziły mnie myśli, że chciałabym kiedyś zamieszkać w Lisieux, w bliskości mojej duchowej przyjaciółki. Nie jest to chyba jednak realne.
Z Normandii wróciliśmy do Paryża, po dwóch dniach do Warszawy, większość pielgrzymów – do Otwocka, ja – do Zielonej Góry. Czy spełniłam swoje marzenie? Z pewnością tak, ale gdzieś na dnie serca drzemie jeszcze jedno: by móc kiedyś, w przyszłości wrócić i pokłonić się „Małej Teresie”, razem z nią też modlić do Boga w cieniu klasztoru, w którym jej świętość dojrzała i promieniuje teraz na cały świat. Tereska jest bowiem patronką Wołynia (co stanowi na razie nierozwiązaną przeze mnie zagadkę), patronką księży i patronką misjonarzy posłanych z ewangelią do wszystkich ludów.
Dorota Kulczycka















