• Flaga Ukrainy

„Pracujmy razem dla zbawienia dusz.
Mamy tylko nasze życie – jeden dzień – by je ratować.
Następnym dniem będzie wieczność”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Pielgrzymka do Częstochowy

Rzeczywiście, trzeba było wiele wiary, samozaparcia i konceptu, aby ów karkołomny zamiar uskutecznić. Nie wiadomo, jak wyglądała droga Mani i jej matki do Częstochowy. Nie wiadomo, czy ktoś im towarzyszył w tej niezwyklej pielgrzymce. Natomiast nie wydaje się, żeby Mania całą drogę przebyła leżąc w łóżku. Już wyniesienie takiego mebla na zewnątrz domu mogło być nie lada trudnością. Dlatego można przypuszczać, że z kilku desek zbito nosze, na których umoszczono posłanie, a na nim ułożono spowitą w pierzynę Manię. Najprawdopodobniej nosze z chorą dziewczyną ułożono na furze wyścielonej słomą i ruszono do Moniek, na stację kolejową wybudowaną przy trasie z Królewca do Białegostoku. Ówczesne Mońki były niewielką osadą składającą się z kilku budynków zamieszkanych przez pracowników kolei, ale ruch w kolejarskiej osadzie wzmagał się z dnia na dzień. Połączenie ze światem dzięki parowozom wyrzucającym w niebo kłęby dymu i pary, było dla okolicznych mieszkańców, a zwłaszcza dla rolników, wielkim udogodnieniem. Dzięki pociągom zatrzymującym się na monieckiej stacji można było zaoszczędzić chorej dziewczynie tłuczenia się furą aż do Białegostoku lezącego na trasie Kolei Warszawsko  – Petersburskiej. Z tego miasta można już było dostać się do Warszawy, a stamtąd Koleją Warszawsko -Wiedeńską można było dojechać do samej Częstochowy. Trasę z Białegostoku do Warszawy pociąg pokonywał w ciągu prawie sześciu godzin, a z Warszawy do Częstochowy jechał osiem godzin. Wliczając przesiadki i związane z nimi oczekiwanie, można przypuszczać, że pielgrzymka z wykorzystaniem drogi żelaznej trwała blisko dobę. I zapewne nikt nie dziwił się widząc pasażerkę przytroczoną do posłania. Ówczesne pociągi przewoziły nawet konie, krowy i owce, a także bryczki i powozy. Cóż więc przy tym znaczyło łoże z chorą nastolatką?

W końcu, dzięki bezgranicznej macierzyńskiej miłości i niezwykłej wierze Katarzyny Olechno, a także dzięki rozwojowi cywilizacji technicznej, Mania spojrzała w święte oblicze Czarnej Madonny. Możliwe, że kiedy do zatłoczonej kaplicy cudownego obrazu wnoszono chorą córkę przykutą do łoża, matka dostrzegła w tej scenie podobieństwo do wydarzenia opisanego przez świętego Marka, kiedy to zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca… Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Tylko, że jeszcze wtedy Jezus nie powiedział do Mani: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!

Wiele wskazuje na to, że Marianna Olechno była w Częstochowie wiosną, możliwie że w miesiącu poświęconym Maryi. Gdyby zjawiła się tam 15 sierpnia 1900 roku, byłaby świadkiem straszliwego pożaru, który strawił i zrujnował klasztorną wieżę. Nawet gdyby była tam później, już po tym dramatycznym wydarzeniu, zapewne po latach wspomniałaby o rozrywającym serca żałosnym widoku sanktuarium.

Po powrocie do domu Mania pogrążyła się w zwątpieniu  i przygnębieniu. Nadal unieruchomiona w łóżku widziała, jak rodzice z każdym dniem tracą siły. Bała się, że gdy umrą, ona będzie zdana jedynie na bezlitosną bratową. Od niej spodziewała się najgorszego. Nie raz dostawała od niej kuksańce i cięgi.

Dostrzegła matka smutek duszy umiłowanej córeczki. Może powinna była częściej ją tulić, głaskać, całować. Jednak zamiast tego, brała do ręki książki i siadała na skraju łóżka, które już trzeci rok więziło wychudłe, opadające z sił ciało Mani. Przysuwała się do córki, jakby chcąc zdążyć poprzez jej pergaminową skórę odczuć bicie ukochanego serca. Jednocześnie obawiała się, że zajmuje miejsce nie dla niej przeznaczone. Była tylko śmiertelną, ziemską matką. Miała świadomość, że nadchodził czas przekazania córki w inne ręce. Pragnęła, aby Mania jak najszybciej to zrozumiała. W tym upatrywała dla córki ostatecznego ratunku. Dlatego, najpiękniej jak tylko potrafiła, czytała jej, a właściwie to prawie deklamowała „Uwielbienie Maryi”. A później jeszcze inne książki o cudach dokonywanych za wstawiennictwem Przenajświętszej Panienki. I o cudach eucharystycznych, i żywoty świętych, i o duszach w czyśćcu cierpiących. Marysia zrozumiała, jaki cel przyświecał matce czytającej jej te wszystkie książki. Niektóre z nich już wcześniej sama czytała, ale tym razem ich treść wlała w jej słabnące serce wiarę i moc ducha. Stała się bardziej pogodna, bardziej odważna, bardziej samodzielna  i dojrzała  w myśleniu. Była gotowa do określenia swego powołania. Kierując do Matki Bożej słowa modlitwy,  rzekła: „Maryjo, Matko Najświętsza, Dziewico  Niepokalana, a patronko moja ukochana, zlituj się nade mną… ślubuję Ci, że jak wyzdrowieję, wstąpię do zakonu… oddam się na wieczną własność i służbę Tobie i Jezusowi”.

Marek Hyjek

Białostockie Studia Historyczno-Kościelne

Podziel się: