Z wielką radością Polacy w Ameryce przyjęli wieść o końcu wojny i o zmartwychwstaniu ojczyzny. Ale tę radość mąciły z rożnych stron napływające wieści o wielkiej biedzie panującej w wyniszczonej wojną Polsce. Zawsze gotowi do bezgranicznej ofiarności Polacy zza oceanu, także i tym razem zaczęli organizować pomoc dla odradzającego się państwa oraz dla znanych i nieznanych rodaków. Szczególnie Polonusi z Chicago nie szczędzili dolarów na ten zbożny cel, a kiedy jeszcze ich miasto, w roli emisariusza rządu polskiego, odwiedził Władysław Stanisław Reymont, wręcz prześcigali się w hojności. W 1919 roku powstała Amerykańska Administracja Pomocy Misja w Polsce (American Relief Administration Mission to Poland), na czele której stanął Herbert Hoover. Późniejszy prezydent w swoich pamiętnikach zapisał:
Polska stanie się wolna tylko wtedy, gdy będzie w stanie podźwignąć się z nędzy, w jaką ją wpędzili zaborcy i okupanci, kiedy będzie całkowicie uniezależniona od tych, co wydzielają jej życiodajne racje. Walka o przetrwanie nie może zakończyć się sukcesem, jak długo Polacy mają puste żołądki.
Misja pomocy żywnościowej w krótkim czasie zyskała poparcie ważnych dla Polaków autorytetów, z których najznamienitszym był wielki przyjaciel Polski – papież Benedykt XV. Za serce okazane polskiej sprawie dziękował i o więcej prosił ówczesny premier Ignacy Jan Paderewski w liście do amerykańskiej Polonii pisząc:
Do was, zacne Wychodźstwo polskie w Ameryce, którzyście z taką gotowością zgłosili swą Pomoc i poparcie zbudzonej do wolności Ojczyźnie, zwracam usilne wezwanie do dalszego wysiłku i dalszej szczodrej ofiarności.
Amerykańska Polonia nie pozostała obojętna wobec takich głosów. Ofiarnie wspierała dzieło Hoovera, zwłaszcza po zorganizowaniu Polsko-Amerykańskiego Komitet Pomocy Dzieciom (Polish-American Children’s Relief Committee). W ramach aktywności tego Komitetu, od końca kwietnia 1919 roku do końca 1921 roku, polskim dzieciom wydano 670 milionów posiłków. W ostatnim roku działalności tej organizacji, dzięki zaopatrywanej przez nią kuchni, w pod białostockim Wasilkowie zapewniono wyżywienie 240 dzieciom.
Szczególną ofiarność okazali Polsce rodacy zza oceanu i amerykańscy przyjaciele w 1920 roku, kiedy to bolszewicka nawałnica runęła na wznoszące się z ruin państwo. Pod naporem barbarzyńców ze Wschodu padały kolejne miasta, miasteczka i wioski. W połowie sierpnia wróg spod znaku czerwonej gwiazdy stanął u wrót Warszawy. W tym tragicznym okresie paczki z dalekiej Ameryki dopełniły cudu nad Wisłą.
Także i Maria zbierała ,,fundusz na Polskę”, co zostało docenione i nagrodzone dyplomem. Kwestowała wśród parafian św. Stanisława Kostki, chociaż jest bardzo prawdopodobne, że wypełniając tę chwalebną misję wybaczała daleko poza teren parafii. Może to właśnie wtedy poznała Cecylię Zygmunt. Serdeczna przyjaźń z tą zacną kobietą, najpierw bezpośrednia, osobista, później przez ponad trzydzieści lat korespondencyjna, była dla Marii jednym z najcenniejszych darów, za który do końca życia dziękowała Niebiosom.
W latach dwudziestych minionego stulecia Maria była już dojrzałą kobietą, z niemałym majątkiem odłożonym dzięki wieloletniej, ciężkiej pracy. Pomimo przywiązania do polskości, wrosła głęboko w amerykański grunt, mówiła już dość płynnie po angielsku, obracała się w gronie chicagowskiej elity. Być może to wszystko spowodowało, że wystąpiła o przyznanie jej amerykańskiego obywatelstwa i po spełnieniu niezbędnych formalności została obywatelką Stanów Zjednoczonych Ameryki. Swoją przyszłość wiązała z Nowym Światem.
Czy myślała wówczas o wizycie w rodzinnych stronach? Czy tęskniła za swojskim krajobrazem pól, łąk i lasów? Raczej nie. Rodzice już nie żyli, rodzeństwo, które dożyło wieku dojrzałego, miało własne rodziny, własne sprawy. Wojciech ożenił się po raz drugi, tym razem z Leokadią Nietupską, z którą miał troje dzieci. Piotr rozstał się z żoną, opuścił Amerykę i zamieszkał w Białymstoku. Najmłodszy brat Kazimierz przyjechał do Stanów Zjednoczonych, ale zaginął bez wieści na amerykańskiej ziemi.
Chociaż przez wiele lat Maria nie planowała wizyty w starym kraju, to w 1933 roku spotkała ją miła niespodzianka. Pracodawca, w uznaniu wieloletniej, wzorowej pracy, przyznał jej długoterminowy urlop i wręczył dwa bilety na statek; jeden bilet do Polski, a drugi powrotny, do Ameryki. Pomimo zaskoczenia, Maria wiedziała jaki będzie cel jej podróży. Nadal pragnęła założyć zgromadzenie zakonne. Mogła tego dokonać w wolnej Polsce.
Przed wyjazdem ujrzała we śnie Matkę Bożą znaną jej z jasnogórskiego obrazu. Czarna Madonna wzywała ją do Częstochowy, do nawiedzenia jej sanktuarium.
Marek Hyjek
Białostockie Studia Historyczno-Kościelne
















