Kiedy w l925 roku do Stanów Zjednoczonych przybyły dominikanki z przełożoną matką Leoną Skrzeszewską na czele, Maria Olechno zaproponowała, aby na czas budowy klasztoru w pobliskim Justice, siostry zamieszkały w jej domu. Mało tego, aktywnie zaangażowała się w powołanie komitetu budowy siedziby zgromadzenia, a także wyłożyła na ten cel część własnych oszczędności. W tym samym czasie wspierała modlitwą, dobrą radą i finansami budowę Instytutu Dobroczynności dla Kobiet w St. Louis, w stanie Missouri.
Maria Olechno podejmowała także wysiłki mające na celu zachowanie jedności polskich środowisk katolickich z Chicago ze Stolicą Piotrową. Było to szczególnie ważne u schyłku 1914 roku, czyli po zakończeniu obrad Trzeciego Synodu Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego, które miały miejsce w „wietrznym mieście”. Przeciwdziałanie „schizmie hodurowskiej” było wówczas niezwykle trudnym przedsięwzięciem. Zwolennicy księdza Franciszka Hodura ze zdwojoną mocą akcentowali ideę polskości, co w pierwszych miesiącach wojny światowej musiało spotkać się z wielkim poklaskiem środowisk polonijnych. Poza tym nawoływali do poprawy życia robotników i chłopów, czyli tych warstw społecznych, które dominowały w Chicago.
Po trudnym roku 1914 Maria Olechno miała nadzieję na odrobinę stabilności i odpoczynku. Pragnęła, aby chociaż częściowo spełniły się kierowane do niej życzenia ojca Knapika na rok 1915. Aby był on dla niej wesoły. Nie liczyła na pomniejszenie obowiązków, bo przecież wynikały one z jej dobrowolnego wyboru i stanowiły istotę jej życia. Chciała jedynie doświadczyć zwykłej, ziemskiej radości niosącej ukojenie w chwilach znużenia i smutku. Maria nie stroniła od godnych człowieka uciech tego świata. Daleka była od hołdowania ascezie i umartwiania się. Częściej na jej twarzy można było ujrzeć promienny uśmiech niż posępną minę. Sama lub ze swoimi dziewczętami ochoczo podążała na spotkania towarzyskie, festyny i pikniki poza miastem. Zdarzało się, że to pracodawcy organizowali robotnikom tego typu imprezy. Niektóre z nich były bardzo atrakcyjne i Maria, ciekawa ludzi i świata, chętnie brała w nich udział.
W lipcu 1915 roku pojawiła się możliwość rejsu statkiem na wielki piknik pracowniczy w Michigan City. Maria miała ogromną ochotę na ten wyjazd, ale dotychczas nieustalone okoliczności uniemożliwiły jej znalezienie się w porcie wczesnym rankiem w sobotę 24 lipca tegoż roku. Nie weszła na pokład olbrzymiego parowca „Eastland”. Zapewne jeszcze tego samego dnia dowiedziała się, że statek zatonął jeszcze przed opuszczeniem portu grzebiąc w swoim wnętrzu 841 pasażerów i 4 członków załogi. Większość z 2 752 niedoszłych uczestników rejsu było polskimi i czeskimi imigrantami mieszkającymi w Cicero i w południowych dzielnicach Chicago. Pisarz Jack Woodford, który był świadkiem katastrofy, jeszcze pod wpływem szoku napisał pierwsze sprawozdania dla chicagowskiej gazety „Herald and Examiner”:
Kątem oka zauważyłem, że coś się dzieje. Spojrzałem na rzekę. Ku memu zdumieniu parowiec wielki jak transatlantyk nagle położył się na burtę jak wieloryb, który chce się zdrzemnąć. Nie mogłem uwierzyć, że tak wielki statek może się tak przewrócić na zupełnie spokojnej wodzie, przy doskonałej pogodzie, bez eksplozji, pożaru, bez powodu. Myślałem, że oszalałem.
Maria od razu po tej tragedii uświadomiła sobie, że do Bóg zachował ją od śmierci, aby mogła stać się jego ofiarną pracownicą do realizacji nieznanego jej wówczas bożego planu. U schyłku swego długiego życia powtarzał to bardzo często, wtedy już wiedząc do czego była Panu Bogu potrzebna.
Rok 1915 był drugim rokiem wielkiej wojny w Europie. Ta wojna, choć tak odległa i dla większości amerykańskich obywateli prawie niezauważalna, dla Marii miała wymiar bardzo osobisty. Jej ukochany brat Wojciech, wzięty do carskiej armii, w trakcie działań wojennych dostał się do niemieckiej niewoli. W tym czasie, kiedy przebywał w obozie jenieckim, zmarła jego młodziutka, niedawno poślubiona żona. Do niewoli, w tym, że austriackiej, trafił także jej kuzyn Wiktor Olechno. Na szczęście obóz jeniecki w czasie tej okrutnej wojny był dla żołnierzy miejscem najbardziej bezpiecznych z możliwych. Wiktor został osadzony w koszarach na przedmieściach Budapesztu, z dala od zasłanych trupami okopów, huku armat, bomb zrzucanych z aeroplanów. Za zgodą komendanta obozu codziennie chodził do kościoła, gdzie służył do mszy. I słał listy do domu zapewniając żonę i dwóch nastoletnich synów, że w niedługim czasie cały i zdrowy wróci na łono rodziny.
Wielu amerykańskich Polaków pragnęło wyruszyć za ocean, aby tam z bronią w ręku walczyć o wolną Polskę. Urzeczywistnienie ich marzeń o walce zbrojnej nastąpiło jesienią 1918 roku, w ostatnim etapie wielkiej wojny. W celu przywdziania mundurów Błękitnej Armii generała Hallera, około 25 tysięcy Polonusów przemierzyło Atlantyk, z czego 3 tysiące stanowili ochotnicy z Chicago. Ci, którzy nie mogli wziąć udziału w wojnie, finansowo wspierali dążenia narodu do odzyskania niepodległości.
Marek Hyjek
Białostockie Studia Historyczno-Kościelne
















