Odpowiedzialność za życie
Zelia i Ludwik, oparci o parapet okna, trwali w milczeniu. Dobrze było im razem w ten wiosenny, pogodny wieczór. Czasem ciepły wiatr musnął ich twarze ciepłym oddechem. Wzrok ich zatrzymywał się to na gwiazdach porozumiewających się między sobą mruganiem, to na rogaliku księżyca albo na młodych liściach drzew, które w mrocznym świetle ulicznych lamp przybrały fantastyczne kształty i barwę.
W pewnej chwili Zelia roześmiała się.
– Z czego się śmiejesz, moja droga?
– Cicho… posłuchaj… – palcem wskazała na wspaniały klon stojący naprzeciw okna.
– Słyszysz?
– Jakieś pisklątko piszczy. Ale czy to powód, aby się śmiać?
– A teraz posłuchaj tutaj! – palec Zelii skierował się do wnętrza pokoju, gdzie słychać było miarowe oddechy śpiących dzieci. Od czasu do czasu, któreś z nich przewróciło się na drugi bok i coś sennie wymamrotało. – To też pisklęta, nasze ukochane pisklęta.
Ludwik łagodnym gestem objął ramieniem żonę.
– Jakże szczęśliwą matką się czuję.
– A ja szczęśliwym ojcem.
– Ale ten czas błyskawicznie leci. Obraz naszego ślubu stoi mi przed oczyma tak, jakby to wczoraj było. A przecież to już szmat czasu. Zaraz policzymy… Kiedy był nasz ślub?
– 13 lipca 1858 roku.
– A dziś już marzec 1864 roku.
– Przeszło pięć lat od założenia naszego gniazdka, a w nim już trójka dzieci.
– A czwarte w drodze…
– Niemożliwe?
– A tak – z zażenowaniem potwierdziła Zelia.
– Co za radość, moja najdroższa! – uchwycił Ludwik jej rękę i zaczął obsypywać ją pocałunkami.
– Cicho, bo obudzisz dzieci… Nie zapominaj się, dosyć… dosyć…
– Zelio, jakże wdzięczni powinniśmy być Bogu, że obdarowuje nas tak hojnie dziećmi. Jego dziećmi. Jakie zaufanie ma do nas Pan Bóg, że takie skarby powierza naszej opiece, abyśmy je wychowali na święte istoty.
– Ludwiku, jakże dumną jestem z twojej radości, że nie obawiasz się, jak tylu mężczyzn, kłopotów materialnych spowodowanych ilością dzieci.
– Ależ Zelio, czy ty mogłaś choćby na chwilę wątpić o mojej szczerej radości z powiększenia się naszej rodziny? Przecież wierzę, wprost fanatycznie wierzę, że jeżeli Bóg Ojciec da dziecko, to i da bezwarunkowo na dziecko. Czy teraz mamy mniej pieniędzy czy chleba niż wtenczas, gdy mieliśmy dopiero jedno dziecko? Odwrotnie. Wyroby koronek naszej firmy są coraz bardziej poszukiwane i dochody coraz większe. I o to nigdy się nie bałem i nie obawiam. Mam tylko jedno pragnienie, abym swojego życia nie spędził bezowocnie. Pan Bóg nie chciał mnie w stanie zakonnym, to pragnę Mu służyć w małżeństwie jak niedoskonalej, jako dobry Jego współpracownik w dziele rozwoju ludzkości.
– Dziwne są plany Boże Ludwiku. Kiedy i ja usłyszałam odmowną odpowiedź na prośbę przyjęcia mnie do zakonu, nie mogłam tego zrozumieć. Przełożona szarytek powiedziała mi, że przyszłość da mi odpowiedź. I teraz, kiedy patrzę na pucołowate buziaczki naszych dzieci, kiedy słyszę ich głosiki: mamo, mamusiu, kiedy czuję ich ramionka zawierające się na mojej szyi – rozumiem, że moje powołanie to macierzyństwo. Przecież pragnienie pieszczot tak biernych jak i czynnych, głód dobrego słowa – był to znak nie powołania zakonnego, ale powołania na matkę.
– Tak Zelio, przyszłość jeszcze niejedno nam wytłumaczy, szczególnie ta przyszłość – tam…
Ręka Ludwika wzniosła się ku niebu.
– Jak długo trwaliby tak w cichej kontemplacji przyszłości – nie wiadomo – gdyby nie hałas, krzyki i jakiś tumult, który raptownie przerwał ciszę. Hałas Martin wzmagał się. Sprawcy głośnych okrzyków zbliżali się. Państwo Martin zamknęli okno, aby okrzyki nie obudziły dzieci. Pełni jednak ciekawości przez szyby obserwowali tłum ludzi, który przechodził pod ich oknami.
– Coś niosą.
– Jakieś nosze… jedne, drugie.,.
– Na nich ktoś leży…
– Co się to mogło stać? Pobili się, zamordowali kogoś? Ludwiku, pobiegnij na dół i spytaj się.
Tłum oddalał się, hałas cichł.
Po kilkunastu minutach Ludwik znalazł się z powrotem w domu. Na jego twarzy malowało się źle ukrywane przerażenie.
– Co się stało Ludwiku?
– Czy przypominasz sobie tego młynarza, który zbudował sobie ostatnio tę wspaniałą kamienicę naprzeciw Cafe de la Renaissance?
– Ależ naturalnie.
– A jego żonę?
– Jeszcze jak. I tyle razy rozmawiałam z nią.
– Otóż oboje nie żyją.
– Co się stało? Zamordowali ich?
– Nic podobnego. Oto około szóstej wieczorem poszli oglądnąć swoją kamienicę świeżo zbudowaną. Około wpół do dziewiątej wracali z powrotem, krótszą drogą. Przy końcu ogrodu znajdował się świeżo wykopany rów. Przechodząc koło niego, młynarz pośliznął się, stracił równowagę i wpadł do rowu. W tym momencie i jego żona straciła równowagę i również wpadła do rowu, pociągając za sobą kamień, który spadł na głowę męża i zabił go na miejscu. Ona też bardzo groźnie potłuczona zaczęła wołać o ratunek. Zaniesiono ją do siostry, gdzie po dziesięciu minutach umarła. I oto ciała ich niesiono pod naszymi oknami.
Zelia głęboko westchnęła.
– Ludwiku, nie można źle mówić o zmarłych, ale nie mogę się wstrzymać, aby ci nie zwierzyć moich myśli. Drażniły mnie jej słowa, często powtarzane: „Jakże szczęśliwa jestem, nic mi nie brakuje, posiadam zdrowie, majątek, mogę mieć wszystko co zapragnę, nie mam wcale dzieci, które mąciłyby mi spokój, wreszcie nie znam nikogo, kto by się czuł tak dobrze jak ja”. Jej ideałem było bogactwo, biżuteria, kamienica, futra, zabawy, rozrywki. Jakże często z pogardą patrzyła na mnie w otoczeniu mych dzieci. Nie chciała być matką, aby dzieci nie mąciły jej spokoju… I z czym ona poszła przed sąd Boży? Z czym? Całe bogactwo musiała zostawić, a co ze sobą wzięła na tamten świat?
Jakiś nowy hałas przerwał im refleksję. Tym razem dochodził on z łóżeczka dziecinnego. Dzieci, obudzone rozmową rodziców, zaczęły się o coś kłócić.
– Cicho dzieci. O co się kłócicie?
– Mamusiu, plawda, że mój chrzestny jest ladny – sepleniła Paulinka.
– A mój ładniejszy – przekomarzała się Marynia.
– Nieplawda – mój ma włosy na glowie, a twój nie. A widzisz?
– Ale mój ma wąsy, a twój nie. Aha?
– Jeszcze mojemu ulosną…
– Cicho dzieci… cicho. Razem powinniście kochać dziadka i wujka, a nie kłócić się, który ładniejszy. Już cicho, sza…
– A czekoladę da mamusia?
– Da, ale nie teraz, jutro… już śpijcie… aaa… aaa…
o. Władysław Kluz OCD
Fragment książki: Dobre drzewo
















