Nie samym chlebem człowiek żyje
W ciągu czternastu lat osiem porodów, w ciągu 64 miesięcy sześć razy pogrzeb najbliższych, choroby dzieci, w czasie których trzeba czuwać całe dni i noce, ogromny lęk przed chorobą, która pomału zabija człowieka, kierownictwo fabryki koronek, praca od wpół do piątej do dwudziestej trzeciej godziny – oto uproszczony skrót życia małżeńskiego Zelii. Czy można się dziwić, że Zelia była śmiertelnie zmęczona życiem? Z tęsknotą i zazdrością patrzyła w stronę klasztoru, którego brama zatrzasnęła się przed nią nieodwołalnie. Coraz częściej przyłapywała się na pokusie buntu przeciwko realizowaniu świętości przy pieluszkach, garnczkach, szyciu, sprzątaniu, przy warsztacie pracy. Śmierć zaczynała wydawać się jej w pewnych chwilach jedynym wyjściem z sytuacji. W roku 1866, jeszcze przed śmiercią Józia pisze do brata:
Mam wiele zmartwień z tym niewdzięcznym ściegiem z Alencon, który jest przyczyną wielu moich cierpień. Zarabiam trochę pieniędzy – to prawda – ale, mój Boże, jakże mnie to drogo kosztuje. Jest on okupiony ceną mojego życia, bo myślę, że skraca dni moje i jeżeli mnie Pan Bóg ie ustrzeże w jakiś szczególny sposób, to wydaję mi się, że już niedługo pożyję. Pocieszyłabym się łatwo, gdybym nie miała dzieci do wychowania. Powitałabym śmierć z radością, jak się wita czystą zorzę pięknego dnia.
Myślę często o mojej świętej siostrze, o jej życiu cichym i spokojnym. Ona pracuje nie po to, by gromadzić przemijające dobra, ona zbiera tylko dla nieba, do którego zdążają wszystkie jej westchnienia. A ja? Widzę siebie pochyloną ku ziemi, zadającą sobie niezmierny trud, ażeby zbierać złoto, którego nie zabiorę ze sobą i którego nie pragnę zabrać. Co bym tam z nim robiła? Czasami przyłapuję się na tym, że w gruncie rzeczy żałuję, iż nie zrobiłam tego samego co moja siostra, ale natychmiast mówię sobie: nie miałabym moich czterech córeczek i mego zachwycającego Józia. Nie, to jest więcej warte, że muszę się męczyć gdzie jestem, ale za to oni istnieją. Bylebym doszła do raju z moim kochanym Ludwikiem i żebym ich wszystkich lepiej umieszczonych widziała, aniżeli sama jestem; będę wtenczas szczęśliwa i nie proszę o więcej.
W czasie modlitwy, na którą potrafiła Zelia zawsze wykroić czas z planu dnia, odnalazła przekonanie, że świętym można zostać nie tylko w klasztorze, ale i w małżeństwie, można zostać świętym wszędzie i na każdym stanowisku, jeżeli tylko jest się tam z woli Bożej. Bo przecież świętość polega na miłowaniu Boga, a udowodnieniem tej miłości jest spełnienie woli Bożej. Czyż sam Chrystus, który z jednej strony ustanowił rady ewangeliczne, dając fundamenty pod instytucje zakonne, a z drugiej strony podniósł małżeństwo do godności sakramentu – nie powiedział w Wieczerniku: „Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. A kto mnie miłuje, umiłuje Go Ojciec mój, i Ja go miłować będę, i siebie samego mu objawię” (J14,21).
Z modlitwy powstała Zelia z przekonaniem, że za trud życia małżeńskiego i za męczeństwo macierzyństwa kocha ją Pan Bóg, i to było dla niej najważniejsze.
Pewne trudności miała Zelia z problemem, czy za dużo czasu nie poświęca na zdobycie dóbr materialnych. Bo czyż Chrystus nie powiedział: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie” (Mt 5,3)?
Sam Chrystus odpowiedział na tę trudność milinów ojców i matek, którzy z trudem i mozołem codziennej ciężkiej pracy zdobywają dobra materialne dla utrzymania rodziny. Oto kuszącemu szatanowi, aby kamienie zamienił w chleb, odpowiedział Jezus słowami Powtórzonego Prawa: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4,4).
Chrystus nie powiedział – jak niektórzy próbują w ciągu wieków interpretować te słowa – że chleb jest niepotrzebny człowiekowi, tylko że sam chleb i dobra materialne, których jest symbolem, nie wystarczą dla zaspokojenia aspiracji człowieka. Gdyby się on składał tylko z materii, zapewne materia zdolna byłaby napełnić człowieka całkowitym szczęściem. Ale przecież człowiek, to także rozum i wolna wola ze swoimi potrzebami i aspiracjami. Właśnie dla tych funkcji duszy ludzkiej potrzebne jest i Słowo Boże, które się nam przedstawiło jako Prawda i Miłość.
Starania o dobra materialne nie są sprzeczne z etyką chrześcijańską, byleby nie zasłaniały potrzeb duszy. Błogosławieństwo dla ubogich duchem nie przekreśla zatem posiadania i zdobywania uczciwą pracą dóbr materialnych, byleby dobra materialne nie stały się jedynym celem człowieka, czy najważniejszym, ale tylko środkiem do utrzymania siebie i rodziny.
Świętość wymaga jednakowo spokojnego przyjęcia od Pana Boga tak bogactwa jak ubóstwa. List Zelii do brata w roku 1868 zdradza zrozumienie tych prawd przez nią i usiłowanie wprowadzenia ich w dzień codzienny:
Gdy rozpoczęłam mój handel koronkami w Alencon, rozchorowałam się. Obecnie jestem o wiele roztropniejsza, pracuję mniej i przyjmuję z poddaniem wszelkie niepomyślne zdarzenia, które mnie spotykają i mogą spotkać w przyszłości. Mówię sobie, że to Pan Bóg mi je zsyła i więcej już o tym nie myślę.
o. Władysław Kluz OCD
Fragment książki: Dobre Drzewo.
















