Zagraj w Janusz casino PL i sprawdź lokalne kasyno online.
  • Flaga Ukrainy

„Liczę na to, że nie będę bezczynna w niebie.
Pragnieniem moim jest pracować dalej dla Kościoła i dla dusz, o to proszę Boga, i jestem pewna, ze mnie wysłucha”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Rodzina Martin_16

Wojna

Pukanie do drzwi było gwałtowne. Nocna pora potęgowała głos łoskotu. Zelia zerwała się na równe nogi z łóżka. Zarzuciła szlafrok.

– Co się stało? – zapytała przez drzwi. – Kto tam?

– To ja, sąsiadka. Otwórz pani drzwi na chwilkę.

– Tylko błagam ciszej, żeby dzieci nie obudzić.

– Prusacy, Prusacy… – szeptała przerażona kobieta.

– Niech się pani uspokoi. O co chodzi?

– Pani się jeszcze pyta, o co chodzi? Prusacy przerwali front i zbliżają się do Alencon. Za parę godzin już tutaj będą. Uciekajmy…

– Niech się pani trochę zastanowi. Uciekać, ale dokąd? Z małymi dziećmi na rękach? Listopad, deszcz, zimno, szaruga…

– Lepiej umrzeć z głodu i zimna niż być zamordowanym przez Niemców. Uciekajmy…

– Spokojnie, spokojnie. Mój mąż poszedł z żołnierzami na zwiady. W razie czego zawiadomi nas i on zadecyduje.

– Jak to, pani męża wzięli do wojska?

– Poszedł na ochotnika. Biorą do wojska mężczyzn do 40 roku życia, a on ma już 47 lat. Niemniej nie ma siły, żeby go utrzymać w domu, gdy dobro ojczyzny tego wymaga.

– Ale wszyscy uciekają. Niech się pani przypatrzy przez okno, co się dzieje.

Widok, jaki otwierał się przed kobietami był straszny. Tłum ludzi przewalał się przez ulicę. Każdy trzymał tobołek na plecach, a dzieci krzyczące i płaczące na rękach, i biegł. Byle dalej, byle dalej. Czasem tłum odskakiwał pod mury kamienic przed rozszalałymi końmi ciągnącymi w dzikim galopie armaty lub tabory wojskowe. Z ludźmi pomieszały się stada ryczących krów i beczących owiec pędzonych przez wieśniaków. Płacz dzieci, nawoływane ludzi dorosłych, rozkazy wojskowe, ryk zwierząt, łoskot kół armatnich i tętent koni – stanowiły jakoby preludium do Apokalipsy. Wszystko to oświetlały pochodnie; swym migocącym blaskiem dodawały jeszcze kolorytu trwogi i przerażenia.

– Niech się pni przypatrzy, jak wygląda ucieczka, co się dzieje – powiedziała spokojnie Zelia. – I teraz z dwojgiem małych dzieci mam rzucić się w ten rozszalały strumień żywiołu? Zostaję, niech się dzieje wola Boża. Obawiam się tylko o los starszych córek, które są w Mans na pensji. Ale i je powierzam miłosierdziu Bożemu i opiece Matki Bożej.

Minęło parę dni, pełnych trwogi i oczekiwania najgorszego. Fala ludzka zniknęła z ulic. W mieście zaległa niepokojąca cisza. Niemcy nie zajęli miasta. Armia ich skierowała się w innym kierunku. Pozostali ludzie zaczęli pomału przychodzić do siebie.

30 listopada 1870 roku Zelia pozwoliła sobie na wolną chwilę, aby podzielić się listownie swoimi wrażeniami z ostatnich dni z bratową. Oto co napisała:

W dniu 22 bm. mieliśmy straszny popłoch w Alencon. Oczekiwano nazajutrz Prusaków. W przybliżeniu połowa ludzi z miasta uciekła. Nigdy nie widziałam podobnej rozpaczy, gdy każdy chował swoje skarby. Jeden pan blisko nas schował je tak dobrze, że nie mógł sam ich odnaleźć. We trzech kopali cały ranek, ażeby na to natrafić. Osobiście nie miałam wielkiego strachu. W ogóle teraz niczego się nie boję. Gdybym miała uciekać, to bym prosto do was pojechała. Ale mój mąż byłby bardzo zmartwiony, pozostając sam jeden, a ja o niego bardzo niespokojna, najlepiej więc pozostać na miejscu. Prusacy poszli do Ballen i do okolicznych wiosek. Zebrali tam olbrzymie dobra materialne. Zabrali też jednemu rolnikowi wieprza. Bronił chłop wieprza z bezprzykładną odwagą, tak jak gdyby chodziło o jego własne dziecko. Kiedy wieprza przywiązano do konia, człowiek ten zaczął ciągnąć zwierzę z całej siły za ogon i musiał tym ogonem się zadowolić, gdyż żołnierz chcąc, by puścił, uderzył wieprza szablą odcinając ogon, który został cały w ręku właściciela.

Wychodząc z Ballen, a kierując się na Alencon przeszli Prusacy przez Mamers, następnie rozdzieli się i skierowali ku Mans. Było ich ze dwadzieścia tysięcy.

Mimo niebezpieczeństwa jedzie Zelia do Mans, aby stamtąd przywieść do domu swoje starsze córki. O wrażeniach z podróży pisze do bratowej 30 grudnia:

Widzi się tylko smutek i zniszczenie. Serce mi się z żalu ściska. Jestem tak nieszczęśliwa z tego powodu jak nigdy. Ale to jeszcze nie wszystko co się widzi w naszych miastach. Trzeba jechać do Mans, ażeby mieć pojęcie o następstwach, jakie ta smutna wojna spowodowała. Moja siostra opowiadała rzeczy, od których serce się krwawi. Biedni chorzy umierają tysiącami. W samym tylko przytułku w Mans grzebią ich do 80 dziennie. Wszędzie szpitale polowe… Wietrzna ospa panuje też w całej okolicy.

Zelia przywozi córki do Alencon. Teraz cała rodzina w komplecie oczekuje na wypadki związane z napadem przez wojska pruskie na ziemię francuską.

o. Władysław Kluz OCD

Fragment książki: Dobre Drzewo.

Podziel się: