Zachód ludzkiego życia
Stosunek ludzi dorosłych do swoich starych rodziców, często zniedołężniałych, a przy tym upartych, pretensjonalnych i zdziecinniałych, jest problemem trudnym, a czasem tragicznym – tragicznym przeważnie dla ludzi starych, śmiertelnie znużonych życiem. Problem ten może rozwiązać kultura, dar przewidywania i religia osób zainteresowanych.
Kultura będzie przypominała młodym o poczuciu i obowiązku wdzięczności względem tych, którzy poświęcili całe życie dla ich szczęśliwego dzieciństwa i radosnej młodości.
Dar przewidywania będzie przed ich oczyma stawiał tę prawdę, że za lat 30, 40 też będą staruszkami i też będą potrzebować opieki. Trzeba tę starość zabezpieczyć. Gdzie i w jaki sposób? – Najpewniejszym sposobem zagwarantowania swej przyszłości, to realizacja prawdy życiowej: „Jaką miarą mierzycie, taką wam odmierzą.”
Religia uczy człowieka, że co zrobimy „jednemu z tych maluczkich”, to czynimy dla Chrystusa i z tego właśnie będziemy sądzeni. A dziadzio i babunia jakże często są „maluczkimi” z tym wariantem, że cechy, które u dzieci bawią, u starych denerwują.
Kultura, takt, a nade wszystko religia dopomogła państwu Martin do zaopiekowania się p. Guerin, ojcem Zelii. Człowiek ten przyzwyczajony całe życie rozkazywać, z naleciałościami wieku, po śmierci swej żony nie chciał zamieszkać u któregoś z dzieci. Prosił tylko o znalezienie dla niego pomocy domowej. Zelia jednak wraz z Ludwikiem postanowiła wziąć go do własnego mieszkania. Ojciec opierał się temu energicznie. Miał jednak jedną wielką słabość: nad życie kochał syna. Był dumny, że jest lekarzem, zachwycał się jego mądrością, żoną i wszystkim co tyczyło jego osoby. Nie zważał na to, że sprawia tym przykrość wrażliwym sercom swych córek. Zelia nie tylko, że nigdy ojcu z tego powodu nie robiła wymówek, ale postanowiła wykorzystać tę słabostkę. Dlatego zwróciła się do swego brata listownie:
Przekonaj ojca, żeby nie brał służącego, a zamieszkał z nami, bo nie uwierzyłbyś, ile mam trudności, by znaleźć mu osobę pewną i oddaną. Mój mąż zgadza się na tę propozycję. Nie znalazłoby się na stu jednego, który by był tak dobry, jak on dla swego teścia. Ty wiesz, że nasz ojciec jest doskonały, ale nie mniej ma teraz pewne starcze dziwactwa. Trzeba, aby dzieci to znosiły i jestem na to całkowicie zdecydowana. Gdybyś ty tu mieszkał, on by mieszkał z tobą, bo kocha cię więcej niż mnie. Ale on nie zmieni miasta, więc trzeba, żeby został z nami do końca swoich dni.
Interwencja pomogła. I oto widzimy starego napoleońskiego wiarusa siedzącego przy kominku u państwa Martin. Na kolanach ulubiona wnuczka Helenka. Dziadzio robi srogie miny, strzyże wąsami, a Helenka aż piszczy z radości, klaszcze w dłonie i przekomarza się.
– Ja się dziadzia nic a nic nie boję.
– My się też nie boimy – skandowała reszta wnucząt.
– To niedobrze ze mną, jak dziś nawet dzieci się mnie nie boją. A kiedyś było inaczej, ha, łza się kręci w oku.
– Wtedy jak Hiszpanie i Włosi przed dziadkiem uciekali…
– Żebyście wiedziały, że tak to było w owym czasie młodości. A jak było opowiem.
– Nasz nieśmiertelny „Mały Kapral”… – zaczęła naśladować opowiadanie dziadka Marynia.
– O, widzę , że to znacie. To świetnie, wobec tego posłuchajcie.
– A dziadziowi nie chce się już spać? – trwożnie spytała Paulinka.
– Widzę, że jesteś dowcipna i chcesz się dziadka pozbyć. Taka to dzisiejsza młodzież… – mruczał napoleoński wojak.
Tak mijały wieczory pełne przekomarzań, śmiechu i wzajemnych naciągań.
Niestety lata robią swoje. Ataki duszności z komplikacją karbunkułów sprawiły, że stan pana Guerin pogarszał się. Zelia czuwała i najtroskliwiej pielęgnowała ojca. Druga córka, wizytka, nie mogąc osobiście być obecną, jako dowód duchowej obecności przysłała religijny obrazek z napisem: „Drogi ojcze, śmierć jest snem, to koniec dnia, w którym dusza otrzyma zapłatę za swą pracę, to koniec wygnania, w którym dziecko odnajduje czule kochającego Ojca.”
Zelia nie czekała, aż ojciec będzie nieprzytomny, aby wtenczas dopiero sprowadzić księdza z Wiatykiem i Olejami świętymi. Nie obawiała się, że tym przerazi wierzącego i praktykującego chrześcijanina. Uważała, że najważniejszym obowiązkiem dziecka wobec umierającego ojca, jest przygotować go jak najlepiej na spotkanie z Bogiem.
3 września 1868 roku zawiadomiła Zelia bratową o śmierci swego ojca, która nastąpiła tego dnia rano:
Serce mam rozbite bólem, a jednocześnie napełnione niebiańską pociechą. Gdybyś wiedziała, droga siostro, z jak świętobliwym nastawieniem on się przygotował na śmierć. O trzeciej godzinie jeszcze się żegnał krzyżem świętym. Mam nadzieję, a nawet pewność, że kochany ojciec był dobrze przyjęty przez Pana Boga. Pragnęłabym, by moja śmierć była podobna do jego śmierci.
Gorycz rozstania z dziećmi i z ojcem w tak krótkich odstępach czasu, mimo głębokiej wiary była zbyt wielka, aby nie pogrążyć duszy Zelii w ciemnościach wewnętrznych. Sama swój stan opisuje w liście do bratowej:
Wczoraj poszłam na cmentarz. Jeżeliby mnie kto obserwował, powiedziałby: oto osoba najobojętniejsza na świecie. Klęczałam przy grobie mego ojca i nie mogłam się modlić. O kilka kroków dalej uklękłam przy grobie moich dwóch aniołków i na pozór ta sama obojętność. Poszłam drogą, którą szłam przed pięciu tygodniami za moim małym dzieckiem i za ojcem, i nie umiałabym opowiedzieć uczuć, jakich doznałam. Nie zwracałam uwagi na nic, co się dookoła mnie działo. Patrzyłam na to miejsce, gdzie mój ojciec zawsze siadywał, stałam tam, prawie nic nie myśląc. Nigdy jeszcze nie czułam takiego ucisku serca. Powróciwszy do domu, nie mogłam jeść. Zdawało mi się, że gdyby nie wiem jakie nieszczęście mnie teraz spotkało, to zastałoby mnie na wszystko nieczułą.
Jeszcze jedna tajemnica ludzkiego serca: nieczułość, która przestawia człowieka z torów zainteresowań ziemskich i przyjemności światowych na tory, które prowadzą w głębie życia Bożego, do żywej świątyni duszy ludzkiej.
o. Władysław Kluz OCD
Fragment książki: Dobre drzewo
















