W 1911 roku Schenectady w stanie Nowy Jork liczyło ponad 73 tysiące mieszkańców i było najszybciej rozwijającym się miastem w całych Stanach Zjednoczonych. Złota era miasta zaczęła się w 1886 roku, kiedy to Thomas Alfa Edison ulokował tutaj swoją firmę, początkowo znaną jako Edison Machine Works, później przemianowaną na General Electric Company. Wtedy gwałtownie rozrastająca się miejscowość zyskała miano „elektrycznego miasta’’ Kolejny przemysłowy rozkwit i związany z nim napływ ludności zawdzięczało Schenectady uruchomieniu American Locomotive Company. Wśród imigrantów zatrudnionych w obu firmach przeważali Polacy i Włosi. Tak jak wszędzie na obczyźnie, tak i w Schenectady, życie społeczne Polaków koncentrowało się wokół parafii. Dzięki ich niezwykłej ofiarności w 1903 roku zakończono budowę kościoła Najświętszej Marii Panny i rozpoczęto budowę drewnianego kościoła pod wezwaniem św. Wojciecha. Sześć lat później drewniana świątynia spłonęła, co skłoniło parafian do budowy nowego kościoła w stylu neogotyckim. Jego konsekracja miała miejsce w 1911 roku, cztery miesiące przed przybyciem Marii Olechno do Schenectady. Kościół św. Wojciecha stanął w zdominowanej przez Polaków dzielnicy zwanej „Przyjemną Górką” (Mount Pleasant). Ulica odchodząca od tego kościoła także nosiła miano Przyjemnej (Pleasant Street). Właśnie przy niej, w domu pod numerem 716, wynajmował mieszkanie Piotr Olechno z żoną.
Dotarcie do tego domu musiało sprawić Marii wielką ulgę. W tym miejscu miała zakończyć się jej tułaczka przez pół świata. Niestety, jej pierwsze wrażenie z mieszkania przy ulicy Przyjemnej wcale przyjemne nie było. Brat nie uzewnętrzniał wobec niej zbytniej serdeczności, a bratowa okazywała jej wręcz lekceważenie. Była „bardzo światowa”, jak po latach wspominała ją Maria, mając na względzie przede wszystkim jej eleganckie stroje, przesadne maniery i na każdym kroku eksponowaną manię wyższości.
Piotr nie szukał siostrze pracy. Być może sprowadził ją do Schenectady, aby za dach na głową i łyżkę strawy usługiwała jego rodzinie, a przede wszystkim żonie i dwom synom — Albertowi i Arnoldowi. Przez kilka miesięcy Maria mieszkała w jego domu i cierpiała katusze. Piotr, najpierw łagodnie, a później z coraz większą perswazją, najprawdopodobniej za namową żony, zaczął nakłaniać siostrę do zamążpójścia. Maria była piękną i elegancką dziewczyną, a przy tym łagodną w usposobieniu. Mogła liczyć na najlepszą partię. Jednak przyszłość u boku męża i dzieci nie wpisywała się w jej marzenia. Pomimo przeciwności losu nie rezygnowała z wypełnienia ślubów złożonych Maryi Niepokalanej, o czym wspomniała bratu. Wiosną 1912 roku, bliska załamania, spakowała się i nic nikomu nie mówiąc wyszła bez zamiaru powrotu.
Podjęty przez nią krok dowodził jej krańcowej determinacji. Była bez przysłowiowego złamanego centa, bez znajomości angielskiego, bez świadomości, w jak wielkim kraju się znajduje. Schroniła się w kościele. Tam znalazły ją siostry zmartwychwstanki uczące w szkole przy parafii św. Wojciecha. Siostra przełożona Stefania Strzałkowska, ujęta smutkiem młodej kobiety wzięła ją do domu zakonnego. Maria, szczerze jak na spowiedzi, opowiedziała jej o wszystkich swoich bolączkach. O młodości w starym kraju, o lekceważeniu, jakiego doświadczała w domu brata i bratowej, przed którymi w końcu musiała ukryć się w kościele. Wyjawiła również siostrze przełożonej swoje pragnienie wstąpienia do klasztoru. Jednak, aby ten zamiar zrealizować potrzebowała pieniędzy na bilet, więc najpierw chciała znaleźć jakąkolwiek pracę. Siostra Stefania wiedziała o pracy dla dziewczyny, na plebanii. Praca nie zbyt ciężka, ot sprzątanie, pranie, pomoc gospodyni. Tylko opinia o tej gospodyni była nie najlepsza. Nie zważając na tę uwagę, Maria udała się na plebanię. Przyjęła ją kobieta, która okazała być właśnie ową straszną gosposią. Ucałowała Marysię na powitanie, objęła ją serdecznie i zaproponowała 16 dolarów miesięcznie za pomoc w prowadzeniu plebanii. Oczywiście, Maria bardzo się ucieszyła. Pomyślała sobie, że to już chyba koniec jej gehenny.
Nie tylko gospodyni okazała się być dobrą, miłą kobietą. Także i księża mieszkający na plebanii mieli dla Marysi wiele serdeczności. W szczególności ksiądz proboszcz Józef Gogolewski poczuł się odpowiedzialny za los młodej kobiety. Ksiądz Gogolewski, wówczas czterdziestoczteroletni mężczyzna, przebywał w Ameryce od 1903 roku. Do opuszczenia kraju został zmuszony przez władze carskie, które nie mogły zdzierżyć jego patriotycznej działalności w środowisku młodych kleryków.
Plebania przy kościele św. Wojciecha okazała się być dla Marii prawdziwym domem. Tyle ciepła i serdeczności ile zaznała od ludzi tam mieszkających, nie doświadczyła od czasu swego dzieciństwa spędzonego w dalekim Bagnie. Gospodyni traktowała ją jak własną siostrę, a nierzadko nawet jak córkę. Chociaż to Maria miała jej pomagać w prowadzeniu plebanii, to zwykle gospodyni pomagała jej przy pracy. Obie kobiety razem gotowały, prały, sprzątały. Pewnego razu Maria wzięła się do prania bielizny. Najpierw namoczyła ją w gorącej wodzie z proszkiem i mydłem naftowym, po czym już upraną bieliznę zaczęła rozwieszać na sznurach rozciągniętych na podwórzu. Gwałtowny, chłodny wiatr owiewał jej rozgrzane ręce. Poczuła, że dzieje się z nią coś niedobrego. Ręce zaczęły pokrywać się straszliwą egzemą. Okazało się, że w warunkach domowych nie można było Marii wyleczyć, przez co trafiła na dwutygodniową kurację do szpitala. Aplikowanie różnych maści i tabletek przyniosło Marysi pewną ulgę. Niestety, zaczerwienia na skórze pozostały. Lekarze zabronili jej kontaktu z wodą. Ciało mogła przemywać jedynie oliwką kosmetyczną. Jak ona, samotna, biedna dziewczyna, miałaby myć się samą oliwką? W jej sytuacji to było coś zupełnie nierealnego.
Tuż po opuszczeniu szpitala Maria odwiedziła zmartwychwstanki. Siostry żałowały, że nic nie wiedziały o jej hospitalizacji. Mogły ją odwiedzać, pocieszać w chorobie. Nie wiadomo, czy to one pomogły Marysi znaleźć kolejną pracę. Kobieta mająca wystrzegać się proszku, mydła, gorącej wody, dostała posadę przy praniu serwetek. Od rana do późnego wieczora trzymała ręce w wodzie z rozpuszczonym w niej mydłem, a w nocy nie mogła zasnąć. Nawet nie kładła się do lóżka. Od zmierzchu, aż do bladego świtu siedziała na krześle i machała obolałymi, puchnącymi rękoma ponownie pokrywającymi się czerwonymi wypryskami.
Po kolejnym dniu pracy pobiegła na plebanię. Kiedy gospodyni ujrzała jej pokryte egzemą ręce, w dobrej wierze wzięła ją na strych, tam ją rozebrała i całe jej ciało natarła płynem o barwie turkusu. Natychmiast po tym zabiegu, Maria od stop do głów pokryła się wrzodami. Towarzyszył temu tak straszny, jak ogniem palący ból, że kobieta zaczęła krzyczeć jakby na mękach piekielnych. Jęki dochodzące ze strychu usłyszał ksiądz wikary. Nie zwlekając z pomocą, zabrał Marię do szpitala. Ponowna kuracja, dość skuteczna, trwała dwa miesiące. Ale równie co skuteczna, musiała być i bardzo kosztowna. Okazało się, że jej pobyt w szpitalu łącznie z pudełkami maści, które otrzymała na odchodne, w całości zostały opłacone przez wikarego.
Po wyjściu ze szpitala Maria ponownie odwiedziła zmartwychwstanki. I znów siostra Strzałkowska żałowała, że z powodu swej niewiedzy, nie odwiedziła jej w szpitalu. Lecz tym razem, oprócz słów żalu i współczucia miała dla Mani coś jeszcze, a mianowicie ofertę wspólnego wyjazdu do sióstr zmartwychwstanek w Norwood Park na przedmieściach Chicago. Nie minęło nawet pół roku odkąd siostry osiedliły się w tym miejscu, a już zaczęły zakładać klasztor i przymierzać się do budowy szkoły dla dziewcząt. Właśnie tam Maria mogłaby starać się o przyjęcie do zakonu. Takiej szansy nie mogła zaprzepaścić kobieta, której głęboko w sercu zapadła maksyma zmartwychwstanek: Przez krzyż i śmierć do zmartwychwstania i chwały.
Marek Hyjek
Białostockie Studia Historyczno-Kościelne
















