„Pracujmy razem dla zbawienia dusz.
Mamy tylko nasze życie – jeden dzień – by je ratować.
Następnym dniem będzie wieczność”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Jestem by służyć. Wolontariat w szpitalu

Moja posługa w Szpitalu Bródnowskim, była czasem bogatym w doświadczenia. Dokonało się wiele dobra, różne firmy bezinteresownie przywoziły wodę, posiłki czy środki czystości. Ofiarność ludzi nie związanych na co dzień ze szpitalem, dawała poczucie pewnego bezpieczeństwa. Jednak sama pandemia postawiła wszystkich pracujących w szpitalu w trudnej sytuacji, wolontariat stał się czasem bliskości z cierpieniem i śmiercią.

Zgromadzenia zakonne otrzymały od Konsulty Wyższych Przełożonych Zgromadzeń Życia Zakonnego informację, że dyrekcja Szpitala na Bródnie w Warszawie, zwróciła się z prośbą do Sióstr różnych Zgromadzeń, o pomoc w opiece nad pacjentami znajdującymi się na w tym szpitalu. Sytuacja stała się trudna, gdyż koronawirusem zostali zarażeni zarówno chorzy leżący w szpitalu, jak i personel pracujący na oddziałach. Chorzy z COVID-19 trafili do szpitali jednoimiennych, natomiast personel w dużej liczbie poszedł na zwolnienia lekarskie lub kwarantannę.

Słysząc o potrzebach jakie wynikły w tym czasie, wyraziłam pragnienie i gotowość niesienia pomocy. Następnego dnia pojechałam załatwić formalności, przeszłam badania lekarskie i szkolenia. Zgłosiło się chyba ponad 20 sióstr z różnych Zgromadzeń. Pomoc miała dotyczyć chorych, nie zarażonych COVID-19. Pracę rozpoczęłam w połowie kwietnia i zostałam skierowana na oddział gastrologii. Z racji na przeorganizowania oddziałów, chorzy byli z różnymi dolegliwościami np. zakażenia układu moczowego, różne choroby płuc, wątroby, nerek, jelit itp. Moim zadaniem była więc posługa opiekuńcza, udział w toaletach pacjentów, karmieniu słabszych, wożeniu chorych na różne badania. Ważną stała się każda czynność mająca na celu ulgę w cierpieniu chorym.

Szpital był zamknięty dla odwiedzających dlatego pacjenci nie mieli bezpośredniego kontaktu z bliskimi. Jako wolontariuszka mogłam w miarę swobodnie poruszać się po szpitalu, więc gdy była tylko taka potrzeba, chodziłam na portiernię, by odebrać przesyłki od rodzin chorych i przekazywałam je pacjentom. Utrudniony był dostęp do sakramentów. Kapelan zasadniczo nie mógł wchodzić na oddział, z powodu ryzyka przenoszenia koronawirusa. Jedynie w sytuacjach wezwania do umierającego, przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności, wchodził na oddział.

Osobiście miałam wcześniejsze doświadczenie pracy z chorymi, ale ten czas był inny. Największym przeżyciem było dla mnie to, że chorzy trafiający do szpitala w ciężkim stanie nie mogli liczyć na bliskość rodziny. Ich tęsknota rozdzierała mi serce. Pani Janina, kilkakrotnie wyrażała pragnienie powrotu do domu. Mówiłam jej, by na ten temat porozmawiała z lekarzem. Każdego dnia była coraz słabsza. Jednego dnia, gdy podawałam jej wodę do picia, błagalnym i łamiącym się głosem prosiła, że chce jeszcze zobaczyć rodzinę. Kilka razy udało mi się pomóc pani Janinie w nawiązaniu rozmowy telefonicznej z bliskimi. Niestety jej stan zdrowia wciąż się pogarszał, kilka dni później zmarła nie zobaczywszy się z tymi, których bardzo kochała.

Pani Cecylia odchodziła spokojnie, bez kontaktu z otoczeniem. Jedyne, co mogłam, to zadbać o to by otrzymała namaszczenie chorych. Przez kolejne dni zachodziłam do jej sali, by nie była sama. Miałam możliwość być blisko niej, potrzymać za rękę, naznaczyć krzyż na jej czole. Gdy gasła, mogłam choć przez krótkie chwile stawać przy jej łóżku, modlić się i w ten sposób być przy jej przechodzeniu do wieczności. W tym samym czasie, młoda kobieta leżąca na tej samej sali, za bardzo nie była zorientowana, co się działo. Gdy zauważyła większe poruszenie, zapytała mnie czy ta Pani (p. Cecylia) odeszła do Pana. Odpowiedziałam jej, że tak. Jeszcze w obecności zmarłej na sali, nawiązała się piękna rozmowa o życiu, śmierci i przemijaniu. Takie momenty były ważne dla chorych, ale także i dla mnie.

Z 95-letnią panią Barbarą zaprzyjaźniłam się od pierwszego dnia pobytu na oddziale. Była bardzo słaba, nie dawała rady jeść, była bardzo obolała. Często zachodziłam do niej by, choć małymi łykami wody ze strzykawki, ją napoić. Słabo słyszalnym głosem powiedziała mi, że chciałaby umrzeć. Zapytałam jej czy jest wierząca? Drżącym głosem odpowiedziała: „Tak, jestem wierząca”, a po chwili, jeszcze wyraźniej dodała „…i praktykująca!”. Zaproponowałam jej wspólną modlitwę, na co twierdząco kiwnęła głową. Odmawiałam modlitwy półgłosem, nachylona nad nią, a ona cichym szeptem i z łzami w oczach włączała się w modlitwę. Później dowiedziałam się, że nie ma nikogo, mąż i córka nie żyją, o ona czeka by Jezus zabrał ją do Siebie. Dla niej również poprosiłam, by Kapelan udzielił jej sakramentu namaszczenia. Wielokrotnie ofiarowałam Mszę Świętą w jej intencji, by dobry Bóg dał jej ulgę w cierpieniu i jak najszybciej zabrał ją do Siebie. Do szpitala przyjeżdżałam przez półtora miesiąca. Zawsze, gdy zachodziłam na odział, pierwsze kroki kierowałam w stronę jej pokoju. Zakończyłam już moją posługę, być może pani Barbara jeszcze żyje. Gdy odchodziłam, pożegnałam się z nią. Bardzo się rozpłakała i powiedziała jak zawsze bardzo słabym i drżącym głosem „dziękuję, bardzo pani dziękuję!”. Nie jestem pewna czy wiedziała, że jestem siostrą zakonną, chodziłam w maseczce, czasami jeszcze w przyłbicy i w dodatkowym fartuchu ochronnym. Dla mnie ważne było to, że mogła poczuć dobroć drugiego człowieka i że w naszym spotkaniu był obecny Bóg.

Niesamowitym przeżyciem było dla mnie uczestnictwo w Eucharystii. Z racji epidemii, pacjenci nie mogli wychodzić z oddziału, a nawet z pokoi. Zrozumiałam, że to ja mogę, w swym sercu, przyprowadzić ich wszystkich do kaplicy i na ile było to możliwe, tak czyniłam. Podczas mojego pobytu w szpitalu wiele osób odeszło do wieczności, tych także starałam się oddać Bogu w modlitwie. Ksiądz Kapelan widząc wielkie utrudnienia z wejściem na oddziały, zwrócił się do nas, sióstr wolontariuszek, z prośbą byśmy Jezusa Eucharystycznego zanosiły chorym na oddziały. Pracowałyśmy na różnych oddziałach, więc miałyśmy większy kontakt z chorymi. Chyba żadna z nas nie była oficjalnym szafarzem, ale Ksiądz bardzo mocno uświadomił nam nasze posłannictwo wolontariatu. Zwrócił nam uwagę, że nasza posługa, to także wolontariat duchowy, że najważniejsze co możemy dać chorym to Jezusa. Tak też bywało, że nosiłyśmy Pana Jezusa Eucharystycznego dla chorych, którzy tego pragnęli. Jednej niedzieli miałam dylemat, gdyż po dwudniowej nieobecności na dyżurze, niektórzy z pacjentów zostali wypisani do domu, a na ich miejsce przyszli inni. Nie wiedziałam, kto z przebywających na oddziale oczekiwał na Komunię Świętą. Podczas toalet porannych, zwróciłam uwagę na to, że na niektórych salach pacjenci mieli włączone telewizory, by uczestniczyć we Mszy Świętej. Po śniadaniu zapytałam te osoby o ich pragnienie przyjęcia Komunii Świętej. Byli tacy, którzy odmówili. Inni, powiedzieli, że przez tą epidemię nie byli u spowiedzi, a jeszcze inni okazali ogromną radość. Na jednej z sal, gdzie panowie na żywo brali udział w transmisji Mszy Świętej, zapytałam o Komunię Świętą. Jeden z nich natychmiast usiadł na łóżku spuszczając nogi i w gotowości prosił: „tak, ja bardzo proszę, ja bardzo bym chciał przyjąć Komunię”. Także jego towarzysz niedoli, leżący obok, z błyskiem w oczach: „ja też bardzo proszę”. Po moim uczestnictwie w Mszy Świętej, przyniosłam Pana Jezusa. Wspólnie się pomodliliśmy i panowie z wielkim nabożeństwem i czcią przyjęli Jezusa Eucharystycznego. Z podobnym przeżyciem i wzruszeniem, była pewna chora leżąca na sąsiedniej sali, gdy wychodziłam, chwyciła mnie za rękę i ze łzami w oczach powiedziała „dziękuję”. Nasza posługa nie była obojętna dla personelu. Także oni prosili o modlitwę za siebie i swoich bliskich. Czasami udało się zachęcić kogoś z personelu do uczestnictwa w Eucharystii.

Byłam pełna podziwu także dla Sióstr wolontariuszek, posługujących razem ze mną. Pewnego razu, poprosiłam jedną z nich o pomoc przy umyciu i zmianie pampersa dla chorego. Siostra odpowiedziała, że chyba nie da rady. Dla kogoś, kto nigdy tego nie robił, wcale nie musiało to być łatwe. Było to dla mnie zrozumiałe, więc powiedziałam, że poproszę pielęgniarkę. Nie zdążyłam jednak dojść do dyżurki, Siostra proszona o pomoc, była już gotowa, także do tej posługi. Każda z nas mierzyła się wielokrotnie z przełamywaniem siebie.

Na oddziale dość dotkliwie odczuwało się brak personelu, zwłaszcza po południu. Wspominam z wielkim szacunkiem i podziwem Siostrę, która podczas rannej zmiany, przeczuwając, że wieczorem nie będzie komu rozdać kolacji, kazała zrobić sobie małe szkolenie, dotyczące diet. Dzięki temu, wieczorem z odpowiedzialnością, mogła stanąć do wózka, z którego rozdała kolację chorym.

Innym razem, w odpowiedzi na dzwonek weszłam na salę chorych. Była tam już pielęgniarka. Sytuacja dość przykra i delikatna, łóżko i podłoga były wręcz zalane moczem. Pacjenta postawiłyśmy na nogi, w prawdzie ledwo się na nich trzymał. Pielęgniarka zajęła się łóżkiem, by jak najszybciej udostępnić choremu powrót do niego. Mi udało się umyć i założyć pampersa dla coraz bardziej chwiejącego się pacjenta. Na to wszystko przyszła jeszcze jedna z Sióstr wolontariuszek i bez chwili namysłu, chwyciła wiadro i wzięła się za sprzątanie podłogi, co w zwykłych warunkach wykonują panie salowe. Nikt na nikogo się nie oglądał, byłyśmy tam, żeby pomóc.

Wielokrotnie stawałyśmy w sytuacjach, gdy trzeba było przełamywać siebie, swoje słabości. Jakże wielkim wyczynem stawało się przykładowo ogolenie brody dla pacjenta. W przypadku sióstr zakonnych taka posługa nie należy do codzienności. Jednak było warto. Pan Marian, był bardzo słaby. Udało nam się go namówić, by usiadł na łóżku, by móc ogolić jemu zarost. Był bardzo zadowolony, kilkakrotnie sprawdzał ręką czy nasza fucha dobrze została wykonana. Pozwolił też na obcięcie paznokci. Nabrał siły, zaczął opowiadać trochę o swojej rodzinie, a nawet zaczął podśpiewywać. Potem kilkakrotnie słyszałyśmy jak wzywał Miłosierdzia Bożego, także on odszedł do Domu Ojca.

Ogólnie w szpitalu doświadczyłyśmy wielkiej wdzięczności od chorych i personelu, ale obdarowanymi byłyśmy także my. Każde dobro wróciło do nas ze wzmożoną siłą, za co jestem wdzięczna Dobremu Bogu i tym wszystkim, których tam spotkałam. Dziękuję także Siostrom mojej Terezjańskiej wspólnoty, że mimo obaw przed możliwością zarażenia się koronawirusem, pozwoliły mi uczestniczyć w tej służbie bliźniemu oraz podtrzymywały mój zapał misji opiekuńczej.

s. Regina Stadnik

Podziel się: