Zagraj w Janusz casino PL i sprawdź lokalne kasyno online.
  • Flaga Ukrainy

„Pracujmy razem dla zbawienia dusz.
Mamy tylko nasze życie – jeden dzień – by je ratować.
Następnym dniem będzie wieczność”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Bezprawne zajęcie domu

Bliskie ulokowanie szpitala polowego od Wasilkowa spowodowało, że siostra Olechno zebrała w sobie wszystkie siły i ruszyła w kierunku swego domu. Nie wiedziała w jakim stanie ujrzy go, ale nawet gdyby okazało się, że został zniszczony, to z pewnością w Wasilkowie mogła liczyć na pomoc grona przyjaciół. Okazało się, że Dom Dobroczynności, przynajmniej z zewnątrz, szczęśliwie przetrwał wojnę. Nadal, bez śladu jakichkolwiek zniszczeń górował nad ulicą Kościelną. Niestety, nie był pusty. Maria Teresa, wierząc w poczucie sprawiedliwości i moc sprawczą władzy, postanowiła odzyskać swoją własność poprzez interwencję ze strony wasilkowskiej Miejskiej Rady Narodowej. Oczekiwała, że nowa, jakby nie było polska władza, wyrzuci Sowietów z jej domu. Nie zamierzała ustępować. Póki co, zamieszkała w starym domku zbudowanym jeszcze przez pierwszych właścicieli posesji, do której teraz ona słusznie rościła sobie prawo. Niestety władza ludowa nie miała takiej mocy sprawczej, która mogłaby usunąć sztabowców z jej domu. Nikt poza towarzyszem Stalinem nie miał takiej mocy.

Wiele wskazuje na to, że z chwilą zakończenia wojny z Niemcami na Ziemi Białostockiej, Maria Teresa, podobnie jak olbrzymie rzesze Polaków, traktowała rząd lubelski jako tymczasowy, urzędujący jedynie do czasu wolnych wyborów, zaś Sowietów pozostających na polskiej ziemi postrzegała jako obce siły podległe rodzimej zwierzchności. Była przekonana, że nie musi już dłużej zachowywać skrajnej ostrożności w kontaktach z ludźmi spod znaku sierpa i młota. Niestety wkrótce okazało się jak bardzo się myliła. Sowieci czuli się tutaj jak u siebie, tym bardziej, że tuż po zajęciu Białegostoku rozwiesili w mieście plakaty głoszące, iż miasto zostało włączone do Związku Radzieckiego. Dobrze wiedzieli, że polski rząd nie będzie rządem polskiego narodu. I w tym jednym nie mylili się. Wmawiali całemu światu, że są jedynymi zwycięzcami w tej wojnie, a cały świat potulnie temu przytakiwał. Przez to, w poczuciu pełnej bezkarności, na zagarniętych przez siebie terytoriach mogli pozwalać sobie na zupełną bezwzględność i barbarzyństwo.

Nie minęło wiele czasu, a doświadczeni okrucieństwem wojny mieszkańcy polskich miast, miasteczek i wsi, boleśnie o tym się przekonali. Przekonała się o tym także Maria Teresa Olechno. Zaciekawiona stanem wnętrza domu weszła do środka. Parter był zajęty przez oficerów, ale pokój na piętrze był zupełnie pusty. Po schodach prowadzących na górę weszła do obszernego pomieszczenia. Rozglądała się po nim beznamiętnie. Wspominała odległe czasy, kiedy dom tętnił życiem jego licznych mieszkańców i gości. Przesuwał dłonią po ścianach, na których jaśniejsze prostokątne plamy wskazywały miejsca niegdyś zajmowane przez święte obrazy. Doskonale pamiętała, jaki obraz odpowiadał jaśniejszej plamie na ścianie. Z odrętwienia wywołanego wspominkami wyrwał ją impet nagle otwieranych drzwi i stojący w nich uzbrojony sołdat. Widok jego był przerażający. Wybałuszone, przekrwione oczy i głęboki, charczący oddech, mogły wskazywać na człowieka bliskiego śmierci. Ale on był pełen życia, pełen niespożytego wigoru. Odstawił karabin w kąt pokoju i wyciągnął ręce ku przerażonej kobiecie. Nie miał względu ani na habit, ani na jej wiek. Na rozkraczonych nogach, ciągle rzeżąc i charcząc, chwiejnie posuwał się do przodu. Maria Teresa cofnęła się przed nim, aż nagle jakaś moc wypełniła jej słabe, starzejące się kobiece ciało. Z niesamowitą siłą odepchnęła żołnierza tak, że ten zatrzymał się we wciąż otwartych drzwiach. Następnie skulił się jak zbity sobaka, chwycił stojący w kącie karabin i mamrocząc pod nosem: „nicziewo, nicziewo”, zbiegł po schodach na dół. Maria Teresa pobiegła za nim. Wpadła do dawnej świetlicy. Tam przy stole siedziało kilku oficerów gęsto obwieszonych błyszczącymi medalami. Zapytała o dowódcę. Młody, schludnie wyglądający oficer wskazał na siebie palcem, a wtedy ona bez najmniejszego zakłopotania opowiedział o tym, co wydarzyło się w pokoju na górze. Od tamtej pory, aż do wyprowadzki Sowietów z Wasilkowa, nie zaznała od nich żadnych niegodziwości. Na wyrazy przyjaźni chyba nie liczyła, chociaż nie potrafiła odrzucić pomocnej dłoni.

Marek Hyjek

Białostockie Studia Historyczno-Kościelne

Podziel się: