Święta Tereska od Dzieciątka Jezus od bodajże 16 roku mego życia jest moją ukochaną Świętą. Będąc w liceum, wyjechałam na tzw. OHP do Okuninki nad Jeziorem Białym (okolice Chełma, Włodawy itd.). Jestem z Zielonej Góry, więc wschodnie tereny Polski są dla mnie niemal egzotyczne. Korzystając z wolnego, wybrałam się więc pewnego dnia PKS-em do Lublina zobaczyć KUL i w ogóle miasto. Innym razem wyjechałam do Kodnia. Chciałam ujrzeć obraz Matki Bożej Kodeńskiej znany z książki Zofii Kossak Błogosławiona wina. To właśnie w Kodniu, w przykościelnym sklepiku kupiłam wydane przez oo. Karmelitów dwie książki: Dzieje duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus oraz Rodzinę Martin Stefana Józefa Piata – opowieść o rodzicach i siostrach rodzonych Świętej. Dziś (2023 r.) wiadomo, że i owi rodzice – Zelia i Ludwik Martin również zostali wyniesieni na ołtarze. Rozczytywałam się w tych książkach – św. Terenia stała się odtąd moją przyjaciółką i autorytetem w dziedzinie wiary.
Po kilkunastu latach, gdy już pracowałam, pojawiło się u mnie dziwne schorzenie na palcu lewej ręki, zdiagnozowane jako brodawka wirusowa (kurzajka). Niby nic takiego. Wokół pierwotnego stożka, który w nerwach skubałam, rozsypały się po tygodniach – na dłoni liczne pęcherzyki. Nie pomagało smarowanie ran jaskółczym zielem (z pomarańczowo-brązowymi plamami wyglądałam wtedy dodatkowo ciekawie), nie pomagały leki i płyny do smarowania przepisywane przez różnych dermatologów. Nie skutkowało też kilkakrotne wymrażanie. Wręcz przeciwnie: wokół rany wynikłej z wymrażania powstawały dziesiątki nowych pęcherzyków. Fragmenty wymrożonego ciała były niejednokrotnie bardzo bolesne. Raz, będąc w Medjugorje, miałam właśnie takie otwarte rany od tygodni niechcące się zagoić. Bałam się, że dostanę raka kości. Wtedy poszłam do rzeźby Chrystusa Zmartwychwstałego, z którego kolana w sposób chyba niewytłumaczalny naukowo skrapla się od lat woda. Ludzie zbierają ją do naczynek lub kupowanych w sklepikach chusteczek z wizerunkiem Maryi. Drażniła mnie tego typu dewocyjność, ale wtedy – zdesperowana – powiedziałam: „Jezu, jeśli owe krople mają nadprzyrodzone pochodzenie i Twoją moc, proszę Cię, uzdrów mnie, bo «paprze mi się to i paprze»”. Posmarowałam rany tą wodą i stał się pierwszy cud: po dniu zamknęły się, zagoiły tak, że po niedługim czasie mogłam popływać w Adriatyku. Wirusa jednak dalej miałam. Przerażenie mnie ogarnęło, gdy schorzenie dotknęło też mojej prawej ręki. Wyobraziłam sobie swój przyszły wygląd: całą w krostach i łuszczących się „płytkach”. Kiedy byłam na pewnym wyjeździe z moją bliską koleżanką Joasią G., ona powiedziała, że po powrocie da mi coś na te „kurzajki”. Nie chciała zdradzić, co to takiego. Okazało się, że parę dni temu była w kościele p.w. Ducha Świętego peregrynacja relikwii św. Teresy od Dzieciątka Jezus oraz płatków róż poświęconych po to, by Święta mogła nimi się posługiwać. W przeddzień swojej śmierci mówiła bowiem: „Chcę, przebywając w Niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż” oraz: „Chcę, aby moje Niebo polegało na czynieniu dobrze na ziemi”. Mówiła też, że po jej odejściu do wieczności dużo rzeczy zginie w Niebie, gdyż będzie je kraść dla nas, pozostających tu na ziemi. Właśnie takie płatki róż koleżanka mi przyniosła. To był ów sekret. Zanim jednak powiedziała, jaka to niespodzianka, zapytała: „-Masz jakąś modlitwę do św. Tereski?”. „- Pewnie, że mam” – odparłam. Miałam bowiem Rekolekcje ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus Jeana-Gabriela Ruega i nowennę do Świętej, i inne skarby. Wtedy Joasia wyjęła z torebki owe płatki róż i powiedziała: „- To przykładaj je do chorych miejsc i módl się o cud uzdrowienia”. Byłam nieco zaskoczona, ale jednocześnie uradowana. Przyklejałam sobie owe płatki róż do chorych miejsc kremem „Nivea” i przez dziewięć dni modliłam się nowenną do św. Tereni. Nowenna skończyła się i nie od razu jakoś zwróciłam uwagę na owoce modlitwy. Któregoś dnia bezwiednie chciałam – z przyzwyczajenia – skubać te swoje „stożki”, „płytki”, a tu niczego nie ma, ani na jednej, ani na drugiej ręce! Zostałam uzdrowiona. Na lewej dłoni została jedna, jedyna biała blizna, ale i ona potem zniknęła. Jedenaście lat walki z tą chorobą nie poskutkowało, a cud uzdrowienia dokonał się w ciągu dziewięciu dni modlitwy zanoszonej do św. Teresy z Lisieux. Wtedy nieskromnie sobie pomyślałam, że Święta chyba pamiętała przez całe lata (a przecież u Boga nie ma czasu) o miłości, jaką ją darzyłam i darzę – za jej bezgraniczne oddanie się Jezusowi, prostotę i pokorę. Jej Dzieje duszy były dla mnie, jeszcze jako nastolatki, dowodem na to, że Bóg istnieje, że można mieć z Nim bliską relację. Po około 30 latach nadprzyrodzona, niebiańska interwencja św. Teresy u Pana pogłębiła tylko moją wiarę, ufność i miłość do niej. Modlę się za wstawiennictwem Świętej Karmelitanki nadal, pamiętam o niej szczególnie w wezwaniach do Świętych zanoszonych po Koronce do Miłosierdzia Bożego. Nieraz nawet kojarzy mi się ona ze św. Faustyną: obie zakochane w Chrystusie, obie toczące w ukryciu boje o zbawienie siebie i świata, obie młodo odchodzące z tego „łez padołu”. Obie uczące nas – ludzi XXI wieku – prostej drogi do Nieba, pełnej ufności i poddania się woli Bożej. Dziękuję Wam, dziękuję Tobie Święta Teresko za wszystko, za wymodlone łaski, za Twoje święte z nami obcowanie, ale też za to, że jesteś wzorem, jak być „piłeczką” w ręku Pana, jak Go kochać i jak Mu bezgranicznie ufać.
Dorota Kulczycka
















