Zagraj w Janusz casino PL i sprawdź lokalne kasyno online.
  • Flaga Ukrainy

„Pracujmy razem dla zbawienia dusz.
Mamy tylko nasze życie – jeden dzień – by je ratować.
Następnym dniem będzie wieczność”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Zawstydza mnie swoją dojrzałością

Tak się nieraz dzieje, że młodzi ludzie przyprowadzają do domu swoich przyjaciół, którzy z czasem stają się niemal członkami rodziny, nawiązując z pozostałymi domownikami piękne, głębokie i trwałe relacje. Znam co najmniej kilka takich przypadków. Tak też właśnie było i jest z obecnością św. Teresy z Lisieux w moim życiu.

Znałem, czy raczej kojarzyłem ją oczywiście od dawna. Jej charakterystyczny wizerunek z krzyżem i różami w dłoniach zagościł w moim imaginarium religijnym chyba już w dzieciństwie. Ze szkolnej katechezy lub jakichś okolicznościowych kazań pamiętam dwie, trzy historie z jej życia, opowiedziane w formie pobożnych przykładów. Potem – zdaje się, że na etapie liceum – wpadły mi w ręce „Dzieje duszy”. Będąc już w seminarium wróciłem do tej lektury cokolwiek więcej z niej rozumiejąc. Wspominałem o św. Teresie nawet w swojej pracy magisterskiej. W międzyczasie dowiedziałem się o „układzie”, jaki zawarł z nią niegdyś Maksymilian Kolbe, co zainspirowało mnie do zastosowania tej samej taktyki wobec jednego czy drugiego świętego, który czekał na beatyfikację. Ale sama św. Teresa pozostawała dla mnie wciąż postacią z trzeciego, czwartego planu. Jako diakon, a potem już ksiądz odwoływałem się sporadycznie do historii jej życia i fragmentów „Dziejów duszy” w kazaniach. Czasem wspomniałem o niej na katechezie. Tyle.

Aż wreszcie przyszedł moment, w którym Pan Bóg postawił na mojej drodze osobę, dla której pozwolił i pomógł mi zostać duchowym ojcem – gdzie określenie „duchowy” nie oznacza bynajmniej metafory, ale wręcz przeciwnie: najbardziej realny wymiar rzeczywistości. I to właśnie K., wychowanek Sióstr św. Teresy od Dzieciątka Jezus wprowadził ją na serio i na stałe pod mój dach i do mojego życia. Najpierw dużo o niej opowiadał, a fascynacja i miłość bijące z tych opowieści okazały się zaraźliwe. Potem namówił do wspólnej nowenny przed październikowym wspomnieniem i nauczył mnie koronki dziecięctwa duchowego. „Dzieje duszy” coraz częściej migrowały z biblioteczki na tzw. podorędzie. Niewielkie zdjęcie nieco pyzatej karmelitanki pojawiło się na tablicy z notatkami nad moim biurkiem i już tam pozostało, więc św. Teresa towarzyszy mi na co dzień w pracy i innych zmaganiach. Wraz z Pawłem VI, Janem Pawłem I oraz Chrystusem z synajskiej ikony zmuszona jest wysłuchiwać od czasu do czasu moich sarkań, zażaleń i natarczywych próśb o pomoc. Jej „zakres obowiązków” to przede wszystkim – z oczywistych względów – nasze sprawy rodzinne, a zwłaszcza moje niemoce wychowawcze. Nie powiem, spisuje się, choć czasem każe poczekać. Uczciwie należy jednak powiedzieć, że wszystko wskazuje na to, że wie co robi. Nie zawodzi – to na pewno.

Niebawem będę o dekadę starszy, niż św. Teresa w chwili swojej śmierci. Nie przeszkadza jej to wcale coraz bardziej być dla mnie wychowawczynią. Często – chyba częściej, niż bym sobie życzył – budująco zawstydza mnie swoją dojrzałością i przenikliwością z kart „Dziejów duszy”. Uczy mnie zaufania Panu Bogu i jego działaniu w ludziach i przez ludzi, a przez to delikatności i cierpliwości wobec tych ostatnich. Oducza niepotrzebnego dramatyzowania, do którego mam niechlubne skłonności. Zadzierzgnięta i umacniająca się przyjaźń z nią poprowadziła mnie też do większej zażyłości z tymi, do których rodziny tak bardzo pragnęła należeć – z Teresą Wielką i Janem od Krzyża. Od tych trojga razem uczę się – acz nie bez oporów – nie chcieć. Nie chcieć rzeczy, które są mi tak naprawdę niepotrzebne – materialnych i niematerialnych – a skupiać się na tym, co rzeczywiście istotne. Wreszcie, zawdzięczam też św. Teresie sporo, jeśli chodzi o moją osobistą modlitwę. Szczerość i prostota, z jaką pisze w „Dziejach” o swoim życiu modlitwy, bardzo mi pomaga być coraz prościej i szczerzej z Panem, zamiast urządzać sobie – nie wiadomo po co – „duchową siłownię”. Być może to właśnie to, za co na progu nieba będę jej dziękował najbardziej.

ks. Michał Lubowicki

Podziel się: