[Maria Olechno] w wolnych chwilach poznawała miasto. Dopiero teraz uświadomiła sobie ogrom metropolii. Wszędzie wznosiły się wielopiętrowe, murowane domy i sklepy. Zdawało się, że niektóre z nich sięgały nieba. Trzeba było wysoko zadzierać głowę, aby dostrzec ich szczyty. I kościołów było pełno, jak w Wilnie. A na ulicach ludzie rożnych kolorów skóry i rożnych strojów. A najwięcej Polaków. Z każdej strony tego wielkiego miasta dolatywał język ojczysty, jakby te nieziemskie „Czykago” Pan Bóg w swej wielkiej łaskawości podarował właśnie Polakom. Wypytywała Maria napotkanych ludzi o nazwiska krewnych i znajomych, którzy dla szukania szczęścia za sinym oceanem opuścili swe wioski rozrzucone pomiędzy Knyszynem, a Goniądzem. I o dziwo, okazało się, że bez trudu dotarła do kuzynów z Bagna i z Kamionki. Bywało, że w ciągu roku w „wietrznym mieście” osiedlało się klika osób z jej rodzinnych stron. Już nie czuła się tak bardzo osamotniona. Dzień po dniu, co raz bardziej była u siebie.
Poza gronem krewnych i znajomych, w Chicago można było spotkać rodaków ze wszystkich polskich ziem rozszarpanych przez zaborców. Fakt, iż w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku mieszkało tam blisko ćwierć miliona zorganizowanych Polaków zadecydował o tym, że Chicago stało się stolicą amerykańskiej Polonii. Życie tamtejszych Polonusów skupiało się głównie przy polskich parafiach, które powstawały sukcesywnie z napływem każdej kolejnej fali imigrantów. W 1918 roku sześć katolickich parafii znajdujących się w promieniu półtora kilometra w centrum miasta, liczyło łącznie ponad 100 tysięcy wiernych polskiego pochodzenia. Parafie, oprócz dbałości o głoszenie słowa bożego, animowały życie społeczne i kulturalne swoich parafian. Staraniem księży i ich świeckich współpracowników powstawały teatry amatorskie, które wystawiały sztuki będące adaptacją twórczości polskich pisarzy i dramaturgów, między innymi Henryka Sienkiewicza, Juliusza Słowackiego i Aleksandra Fredry. Podczas parafialnych wieczornic literackich czytano i deklamowano utwory Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego. Przy każdej parafii był chór lub towarzystwo śpiewacze propagujące polską muzykę. Wreszcie istniały parafialne zespoły sportowe odnoszące liczne sukcesy na skalę całego, olbrzymiego kraju. Przedsięwzięcia organizowane przez parafie gromadziły tysiące widzów, dzięki czemu uczestnictwo chicagowskiej Polonii w kulturze nie miało charakteru elitarnego, a wręcz przeciwnie, udział w przedstawieniach i koncertach był przez parafian traktowany w kategorii świętego obowiązku. Prości ludzie, którzy zapewne w ojczyźnie nigdy nie usłyszeliby o polskich pisarzach, czy kompozytorach, za oceanem chłonęli ich twórczość. Mało tego, przed nimi występowały największe polskie sławy, w tym między innymi Ignacy Jan Paderewski, Jan Kiepura, Helena Modrzejewska.
Oczywiście, aktywność środowisk polonijnych Chicago nie ograniczała się jedynie do parafii. Staraniem organizacji zrzeszających Polonusów wydawano cztery polskie gazety i masę innych publikacji. Działały polskie biblioteki i polskie szkoły. Każdego roku dla uczczenia Konstytucji 3 Maja, centralnymi ulicami metropolii przewijał się niezliczony tłum Polaków paradujących pod pomnik Tadeusza Kościuszki w parku Humboldta.
Oprócz inicjatyw kulturalnych i społecznych, Polacy w Chicago podejmowali wiele przedsięwzięć gospodarczych. W mieście funkcjonował Bank Polski i całe mnóstwo innych, większych lub mniejszych firm stanowiących własność Polaków. W tym ogromnym mieście można było przeżyć całe długie życie bez konieczności zaznajomienia się z językiem angielskim. Naprawę można było żywić szczere przekonanie, że to sam Pan Bóg w swej wielkiej łaskawości podarował „Czykago” Polakom.
Marek Hyjek
Białostockie Studia Historyczno-Kościelne
















