Siostra Elżbieta Puchalska CST urodziła się i wychowała w Berdyczowie. Wyjechała na misje do Boliwii w 2016 roku. Pracowała w Oruro jako zakrystianka. Była również wychowawcą grupy ministrantek oraz pracowała w Centrum Pastoralnym im. św. Teresy od Dzieciątka Jezus. 17 sierpniu 2022 roku zakończyła misyjna posługę w boliwijskim Oruro i przyjechała do Polski.
Jak ocenia siostra swoją posługę misyjną w Boliwii? Czego nauczyła się siostra podczas pobytu w Oruro?
Siostra Elżbieta: Sześć lat na misjach minęło bardzo szybko, jak jedna sekunda. Był to czas obfity w łaski, podczas którego odkryłam wiele niesamowitych i ciekawych rzeczy.
Przede wszystkim zobaczyłam inne, nowe oblicze Kościoła. Doświadczyłam Kościoła pełnego życia. W Oruro do wspólnoty Kościoła katolickiego należy dużo osób młodych. Mężczyźni i kobiety, którzy poznają wiarę chrześcijańską i starają się żyć zgodnie z nauką Jezusa, zachowując jednocześnie swoje kulturowe tradycje.
W czasie mojej posługi misyjnej nauczyłam się wielu rzeczy. Przede wszystkim zrozumiałam, jak ważne jest zachowanie zdrowego dystansu do siebie, innych ludzi i trudnych sytuacji. Można każdego dnia żyć w wolności dziecka Bożego, nie dodając sobie dodatkowych, wyimaginowanych problemów. To daje pokój i wolność. W Boliwii zaczęłam na wiele sytuacji patrzeć z innej perspektywy i życie stało się lżejsze. Bardzo sobie cenię to doświadczenie.
Poza tym nauczyłam się być kreatywną. Obecnie w Polsce można kupić w sklepie wszystko, czego potrzebujemy. W Boliwii brakuje wielu rzeczy. Człowiek spontanicznie zaczyna zastanawiać się, jak zdobyć potrzebny przedmiot, czym go zastąpić? Na misjach ciągle trzeba być pomysłowym i konstruktywnym.
Za czym siostra będzie tęsknić? Czego będzie siostrze brakować?
Siostra Elżbieta: Przede wszystkim będę tęsknić za ludźmi, których poznałam w Boliwii. Za ich radością i prostotą, maleńkością i ogromną pokorą, którą zauważałam u nich każdego dnia. Będzie mi brakować otwartości boliwijskich ludzi.
Czego jeszcze? Klimatu, jaki jest w Ameryce Południowej. Mieszkałyśmy w Andach, gdzie panuje klimat suchy. Zachwycało mnie to, że przez cały rok, codziennie było piękne, pełne słońce. Poza tym będzie mi brakować bliskości drugiego człowieka i pięknej boliwijskiej przyrody. Również boliwijskiego jedzenia i świeżych egzotycznych owoców.
W ciągu sześciu lat pracy w Oruro była siostra siewcą, który zasiewał ziarno Dobrej Nowiny. Czy zauważyła siostra jakieś owoce swojej pracy misyjnej?
Siostra Elżbieta: Współczesny człowiek często chce widzieć owoce swojej pracy. Jezus jednak uczy nas czegoś innego w pracy misyjnej. Uczy nas cierpliwości. Nigdy nie zwracałam uwagi na to, czy moja praca przynosi już owoce. Starałam się dawać świadectwo wiary i pomagać ludziom, których spotkałam. Na pewno zadziało się wiele dobra, wielu osobom udało się pomóc. Zostawiłam w Boliwii wiele swoich duchowych córek, którym towarzyszyłam. Dla wielu osób byłam świadkiem w sakramencie bierzmowania oraz byłam matką chrzestną dorosłych, którzy przyjęli chrzest i wiarę w Jezusa. To piękne, że mogłam kogoś przybliżyć do Boga i cieszę się z tego. Czas pokaże, jakie będą tego owoce. Wiele zależy od samych Boliwijczyków, od tego, czy pozostaną wierni Bogu i Kościołowi.
Misjonarzem pozostaje się do końca życia. Jak będzie siostra dalej realizować swoje misyjne powołanie? Czy będzie siostra dalej wspierać misje w Oruro?
Siostra Elżbieta: Najpierw chcę poznać nowe środowisko, gdzie będę pracować. Potem pragnę opowiadać innym o misjach. Chcę rozszerzać ducha misyjnego wśród dzieci, młodzieży oraz osób dorosłych. Misjonarze potrzebują wsparcia.
Jestem teraz w Polsce, ale w Boliwii zostawiłam wielu moich przyjaciół. Pobyt w Oruro sprawił, że teraz wiem, czego tym ludziom potrzeba, jakie są ich potrzeby. Myślę o konkretnych osobach, którym mogę pomóc i sytuacjach, które przeżywają boliwijskie rodziny.
Mam nadzieję, że uda mi się zorganizować zbiórki pieniężne na rzecz boliwijskiego Kościoła w Oruro.
Czasem spotykam się z żartobliwym określeniem, że jestem „cyganką”, „żebraczką”. Nic nie szkodzi. Dla mnie to określenie nie jest obraźliwe. Wiem, jak ogromne są potrzeby na misjach i jeśli mogę pomóc, będę to robić, również poprzez zbieranie datków.
Jakie siostra ma plany na przyszłość, czym będzie się siostra teraz zajmować?
Siostra Elżbieta: Będę uczyła katechezy w szkole podstawowej. Podejmując pracę nauczyciela religii, postaram dostosowywać swoje doświadczenie misyjne do rzeczywistości, w której będę żyć obecnie. Nie jestem tą samą osobom, którą byłam sześć lat temu. Chcę pamiętać o tym, czego nauczyłam się w Boliwii. Chcę dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem pracy misyjnej z innymi. Oczywiście, nie chcę przenosić Kościoła boliwijskiego do Polski, ale pragnę czerpać z bogactwa boliwijskiej kultury i tradycji. Najbardziej z prostoty i dziecięctwa duchowego, które są bardzo obecne w Boliwii.
Co chciałaby siostra przekazać osobom, które w przyszłości pojadą do Boliwii z posługą misyjną?
Siostra Elżbieta: Na misjach trzeba mieć dużo odwagi. Jadąc do innego kraju każdy z nas ma jakieś wyobrażenia dotyczące pracy i tego co można zrobić. Na misjach trzeba zapomnieć, że jest się kimś wielkim. Warto zacząć posługę od tego, że bez lęku zgodzisz się być małym dzieckiem. Chodzi o to, by przekreślić własne wyobrażania, zostawić europejską wiedzę i uczyć się z pokorą wszystkiego od nowa. Prostota, pokora i radość bardzo pomagają w pracy misyjnej. Pomagają znaleźć prawdziwych przyjaciół. Poza tym trzeba nieustannie pamiętać, że na misjach jesteśmy tylko gośćmi.
Rozmowę przeprowadziła: s. Bogumiła Ptasińska CST






















