Zagraj w Janusz casino PL i sprawdź lokalne kasyno online.
  • Flaga Ukrainy

„Pracujmy razem dla zbawienia dusz.
Mamy tylko nasze życie – jeden dzień – by je ratować.
Następnym dniem będzie wieczność”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Podróż do Ameryki

Po powrocie z Grodna jej pobyt w rodzinnym domu był bardzo krótki. Nadal była wątła i za słaba do ciężkiej pracy na roli. Nie mogła pozostawać na utrzymaniu brata i bratowej. Chociaż chciała jak najwięcej czasu spędzać ze stareńką matką, to czuła się przymuszona do opuszczenia rodzinnego domu. Zamieszkała w Wojszkach. Tam dowiedziała się,  że przy knyszyńskiej parafii powstaje szkoła krawiecka. Pomyślała sobie, że ta szkoła mogła być jej szansą na życie. Szyciem mogłaby zarabiać na samodzielne utrzymanie. Pojechała do Knyszyna i została przyjęta na naukę kroju i szycia. Przez kilka miesięcy miała zapewniony dach nad głową w domu nauczycielki i przede wszystkim spokój. Po ukończeniu nauki zakończonej zdanym egzaminem wróciła do Wojszek. Brat zadeklarował się kupić jej maszynę do szycia. Mogła u niego zamieszkać i krawiectwem zarabiać na życie. A nawet, gdyby nie miała z tego zajęcia dobrego zarobku, to i tak przy majętnym bracie miałaby zapewnione godne bytowanie. Wydawało się, że przed Marią wreszcie pojawiła się nadzieja na spokojną przyszłość. Bez nagłych niespodzianek, bez zawirowań, bez groźby upokorzenia. Jednak w tym momencie nadszedł list od Piotra. Brat zapraszał ją do Ameryki. Do listu był dołączony bilet na kajutę pierwszej klasy. Maria była co najmniej zakłopotana. Jej stabilizująca się sytuacja miała ustąpić niepewności życia w nieznanym jej środowisku. Poza tym Piotr przebywał w Ameryce z żoną. Po przykrych doświadczeniach z małżonką Franciszka, Maria mogła obawiać się, że jej los znowu będzie zależał od fanaberii bratowej. Kto miałby ratować ją przed ludzkim okrucieństwem tam, w tej dalekiej, obcej Ameryce? Matka staruszeczka zaczęła załamywać ręce. Nie chciała utracić ledwo co odzyskanej córki, ale i nie chciała, aby zmarnował się drogi bilet zakupiony dzięki ciężkiej pracy syna na obczyźnie. Rozsądne wyjście z tej sytuacji zaproponował Wojciech. Maria miała popłynąć do Piotra, spędzić w Ameryce zimę, a na wiosną miałaby wrócić do ojczyzny i zamieszkać u niego w Wojszkach.

W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku wyprawa do Ameryki była trudnym i ryzykownym przedsięwzięciem, chociaż znacznie łatwiejszym niż jeszcze w drugiej połowie dziewiętnastego stulecia. Szlak wiodący przez „zieloną granicę” był już dawno przetarty, a rolę pojedynczych agentów zajmujących się przerzutem emigrantów z zaboru rosyjskiego, przejęły dobrze zorganizowane polsko-niemiecko-żydowskie grupy „przemytników”. Zważywszy na skalę emigracji, dotarcie do takich osób nie było trudne. Zanim Maria zdecydowaną się na wyjazd za ocean, wielu mieszkańców Bagna, w tym jej bracia, skorzystało z usług takiej grupy. Najsmutniejszym wydarzeniem rozpoczynającym podróż za ocean było pożegnanie z rodziną i z ojczystą ziemią. Zwykle było to pożegnanie na zawsze. Maria na całe życie zapamiętała obraz matki błogosławiącej jej na daleką drogę i ostatnie do niej skierowane słowa rodzicielki: „Córko, jam twoja ziemska matka. Nie myśl o mnie. Weź sobie za matkę Przenajświętszą Maryję Pannę, matkę Pana Jezusa. Proś ją, a ona zawsze będzie cię pocieszała. Nauczy cię, czego nie będziesz umiała. Ja umrę, ale zobaczymy się w Jozafata dolinie”.

Maria, najprawdopodobniej pod opieką Wojciecha dotarta do pruskiej granicy, którą od Bagna dzieliło zaledwie 40 kilometrów, czyli odległość możliwa do pokonania furmanką w ciągu jednej nocy. Przekroczenie granicy odbywało się nielegalnie, gdyż nikt z podróżnych nie miał paszportu, co jednak nie stanowiło żadnego problemu. Regularnie przyjmujący łapówki strażnicy graniczni zdawali się nie dostrzegać rzeszy objuczonych tobołkami ludzi zmierzających w kierunku Ełku, który wówczas z niemiecka zwano Lyck. W Ełku emigranci zajmowali pociąg do Olsztyna, czyli do Allenstein, a już stamtąd było bezpośrednie połączenie kolejowe z Berlinem. Na stacji Ruhleben, znajdującej się na obrzeżach pruskiej stolicy, emigranci byli poddawani kontroli dokumentów. Oczywiście, nikt z nich nie posiadał ani paszportu, ani przepustki i dlatego, aby umożliwić im dalszą podróż, wydawano im wizę przejazdową, którą w porcie wymieniano na bilet rejsowy. Dzięki temu emigranci nabywali status legalnych pasażerów. W zależności od tego, do jakiego portu zmierzali, wybierali dalszą podróż koleją żelazną do Hamburga, Bremy lub Rotterdamu. Dotarcie do portu nie równało się natychmiastowemu wejściu na pokład. Czasami, aby zadekować się na statku, trzeba było czekać wiele dni, a nawet tygodni w wielkich portowych halach. Przed wejściem na pokład emigrantów poddawano skrupulatnym badaniom lekarskim oraz policyjnym przesłuchaniom, po czym wszystkich zakwalifikowanych do podroży wpisywano na listy pasażerów. Prawo emigracyjne zakazywało wpuszczania do Stanów Zjednoczonych osób chorych na gruźlicę i inne choroby zakaźne, chorych umysłowo, karłowatych i osadzonych przestępców.

Wiadomo, że Maria Olechno dotarła pociągiem do Hamburga, a tam w dniu 1 listopada 1911 roku weszła na pokład statku „President Grant””. Podróż w kajucie pierwszej klasy była dla niej miłą przygodą. Czuła się wyjątkowo dobrze. Jak wspominała po latach, bryza morska przyniosła jej ukojenie i wzmocnienie organizmu. Poza tym stołowała się z pasażerami z najwyższych sfer, delektując się wyszukanymi przysmakami. Rozglądając się wokół siebie nie mogła dostrzec rodaków, z którymi przekroczyła pruską granicę. Nie mogła ich wypatrzeć, gdyż większość z nich podróżowała w trzeciej klasie, pod pokładem statku, w niesamowitym ścisku i zaduchu, w tłumie biedaków. Część z nich nie przetrwała ośmiodniowego rejsu. Ciała tych nieszczęśników dyskretnie, zwykle pod osłoną nocy, wrzucano do morza.

Czym bliżej statek zbliżał się do amerykańskiego lodu, tym bardziej powietrze stawało się przenikliwie mroźne. Oznaczało to, że okręt zbliżał się do śmiertelnie groźnych, zanurzonych w oceanie zwałów lodu. Na szczęście, bystre oczy marynarzy nawet nocą dostrzegały pływające lodowe góry, dzięki czemu olbrzymi statek lawirował między nimi jak dziecięca dłubanka z kory, by w końcu szczęśliwie dotrzeć do brzegów Ameryki Północnej.

Marek Hyjek

Białostockie Studia Historyczno-Kościelne

Podziel się: