Obecność sióstr franciszkanek
Ważne źródła
W czasie pobytu biskupa Szelążka w Zamku Bierzgłowskim prowadzenie domu i bezpośrednia opieka nad nim spoczywała w rękach sióstr ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej. Siostry posługiwały w domu diecezjalnym od 1933 roku, z przerwą w okresie wojny. Do Zamku Bierzgłowskiego powróciły w lipcu 1946 roku. Przełożoną wspólnoty zakonnej w latach 1946-1950 była s. Myra Grzegorzewska. To siostrom franciszkankom zawdzięczamy powstanie niezwykle cennych źródeł: wspomnień o biskupie, kroniki domu zakonnego, w której często spotykamy odniesienie do osoby biskupa oraz opisu choroby, zgonu i pogrzebu ordynariusza łuckiego. Gdyby nie te źródła to nasz stan wiedzy o biskupie w ostatnich latach jego życia byłby znacznie skromniejszy.
Początki pobytu w Zamku Bierzgłowskim
Początek pobytu biskupa w Zamku Bierzgłowskim siostry franciszkanki opisały w Kronice następująco: Na początku sierpnia [1946 roku] otrzymałyśmy wiadomość, że J. Eks. Ks. Bp Ordynariusz Kazimierz Józef Kowalski przyjął do swej diecezji ewakuowanego Ks. Bpa Adolfa Szelążka – Ordynariusza Łuckiego. Odtąd zamek stał się siedzibą Kurii Diecezjalnej Łuckiej. Siostry dokładały wszelkich starań, by pokrzywdzonemu Bpowi przygotować estetyczne i przytulne mieszkanie. O meble dla J. Ekscelencji postarał się Kanclerz Kurii Łuckiej Ks. Szych. M. Rafaela przysłała nam S. Elżbietę Falkus jako kucharkę i S. Adrianę Wentę – pielęgniarkę do pielęgnacji chorego Biskupa. Z przybyciem Biskupa na zamek zstąpiło większe błogosławieństwo Boże w nasz dom. Przede wszystkim ułożyło się nasze życie zakonne. Odtąd codziennie mamy Mszę św., S. Leonia służy choremu Ks. Biskupowi przy celebrowaniu.
Stan zdrowia
Wydaje się, że przez pierwsze miesiące pobytu w Zamku Bierzgłowskim stan zdrowia biskupa był, jak na jego wiek oraz przeżytą gehennę, stosunkowo dobry. Odwołajmy się tu do słów samego biskupa, które spotykamy w jego liście z 9 października 1946 roku do Jadwigi Nowowiejskiej: Lekarz p. Kąkolewski, badał mnie już kilka razy. Dzisiaj odbywa czwartą (co 2 tyg[odnie]) kolejną wizytę. Przyjechał do Bierzgłowa, ale czyni w parku zdjęcia, a do mnie przyjdzie za 15 minut […]Nasze rozmowy, nie tyle badania,- bo niewiele jest do zbadania)- mają charakter zapobiegawczy; ten jest charakter „kuracji”. W ciągu ostatnich kilku tygodni nie było zawrotów głowy. Wczoraj przeszedłem nieznany mi dotąd „Tachykardia paroxysmalis” („częstoskurcz napadowy serca”- nic strasznego!). Przyspieszony puls serca, trwający od ½ godziny do kilku godzin. Przegląd wszystkich lekarstw, które posiadam, a które (według zdania lekarza) przewidziane są na całą zimę.
Biskup Szelążek pisząc 17 września 1946 roku list do wikariusza generalnego diecezji płockiej ks. Stanisława Figielskiego, dodajmy, że było to po niecałym miesiącu jego pobytu w Zamku Bierzgłowskim, o siostrach franciszkankach napisze tak: Siostry niezmiernie staranne o wszystko co mnie dotyczy. Jedna z sióstr (Adrianna) jest wykwalifikowaną pielęgniarką, robi mi dożylne zastrzyki z glukozy. Jak widać biskup potrzebował stałej opieki sióstr, chociażby z tego powodu, że chorował na cukrzycę.
Opieka sióstr nad biskupem w domu, który posiadał średniowieczną genezę nie była na pewno łatwa. Odwołajmy się do treści listu, który 6 marca 1948 roku wysłała s. Myra do Jadwigi Nowowiejskiej. Pisze w nim o chorobie biskupa, a przy okazji oraz warunkach, w których mieszkał: Od paru tygodni J.E. Ks. biskup Szelążek leży chory na grypę. Ten jest powód, dlaczego szerzej o sobie nie pisał. Oczywiście, gdy przyjdzie do zdrowia, natychmiast wszystko wyjaśni. Na razie powiadamiamy, że czyni się wszystko, aby grypę opanować i mamy przekonanie, że ona już się zaczyna cofać. Wczoraj i dzisiaj już gorączki nie ma wyraźnej. Pozatem co u nas nowego; oczywiście mowy jeszcze nie może być o przeniesieniu się do letniego mieszkania; w dużej kaplicy straszliwie zimno, nawet w obecnym zimowym mieszkaniu, gdy istniały silne mrozy, nie można było dopalić się tak, aby było przynajmniej 13˚ ciepła.
Biskup we wspomnieniach
Przełożona domu, s. Myra po latach tak będzie wspominać biskupa:
Zawsze budowałyśmy się jego postawą i pobożnością z jaką odprawiał Mszę świętą. Był nadzwyczaj skupiony i cały zatopiony w Bogu. Lubiłyśmy patrzeć na tę postać, z której jakby promieniowała nadprzyrodzoność. Nie chciał korzystać z podstawionego mu tronu biskupiego. Nie siadał na nim nigdy. Klękał obok i modlił się na kolanach- mimo podeszłego wieku. Tak rozmodlonego i zatopionego w Bogu widywałyśmy Go bardzo często w ciągu dnia.
To postać całkowicie zdana na wolę Bożą, którą cenił nade wszystko. Nie miał żalu do żadnych osób, które Go uwięziły i źle traktowały. Nie pozwolił nic ujemnego powiedzieć o tych osobach. Sam zaś powtarzał: „To tak musiało być, taka była wola Boża, taki był dopust Boży”
Na częstych, nawet codziennych spacerach nie wypuszczał On z rąk różańca. Jego wargi nieustannie poruszały się w modlitwie. Kontemplował przyrodę i zachwycał się pięknem nieba i słońca. Siostrze, która zasłaniała w Kaplicy (przesłonecznionej) okna zasłonkami- mówił: „niech siostra nie zasłania mi nieba i pięknego krajobrazu…”.
Siostra Adriana tak wspominała po latach biskupa:
Ksiądz Biskup był niski wzrostem, postać drobna i szczupła, Chodził bardzo prosto. Siedząc nigdy się nie opierał plecami. Zawsze skromny, pokorny, prosty, delikatny.
Mimo różnych dolegliwości (chorował poważnie na wątrobę) nigdy się nie skarżył, nie narzekał, przeciwnie – był bardzo cierpliwy. Krył się w swym cierpieniu, aby nie sprawiać kłopotu swoją osobą.
Z powodu słabego zdrowia jeździłam dość często z Ks. Bpm, aby Mu towarzyszyć w podróżach. Byłam na pogrzebie śp. Ks. Prymasa Hlonda, razem z Ks. Biskupem jeździliśmy samochodem. Musiałam Mu towarzyszyć, bo często zdarzało się, że zasłabł w drodze, i potrzebował fachowej pomocy.
W celach zdrowotnych zalecane były Ks. Biskupowi – częste, a nawet codzienne spacery. Na tych spacerach widywałyśmy Go z różańcem w ręku: Ciągle go nosił przy sobie, nigdy z nim się nie rozstawał. Budował nas swym skupieniem i rozmodleniem. Stale się modlił. Kiedyś mi powiedział, że jeden dzień modli się za swego Opiekuna – Ks. kan. Szycha a drugi za opiekunkę – za mnie. Byłam Mu bardzo wdzięczna za te modlitwy. Wstawał bardzo wcześnie – o czwartej rano. Mówił, że źle sypia, więc się modlił, odmawiał brewiarz, dużo czytał. Pewnego razu w rozmowie prosił mnie, abym Go uprzedziła i przypomniała o zbliżającej się śmierci.
Dk. prof. Waldemar Rozynkowski
















