W upalny dzień 10 sierpnia 1944 roku siostra Olechno siedziała w kabinie sowieckiego gruzawika jadącego z Knyszyna w kierunki Białegostoku. Nie wiadomo jak doszło do tego, że znalazła się w samochodzie oznaczonym czerwoną gwiazdą. To był dopiero czwarty dzień po „wyzwoleniu” Knyszyna przez Sowietów. Nad królewskim grodem, przez obie wrogie armie obróconym w ruinę, unosił się jeszcze dym i swąd spalenizny oraz trupi odór ciał rozkładających się w zwaliskach gruzu.
Ciężarówka z trudem posuwała się po drodze zasypanej kawałkami muru, nadpalonymi deskami, żelastwem we wszystkie strony powykręcanym od wysokiej temperatury niszczącego ognia. Wtem, pomimo głośnego terkotu silnika, siostrze Olechno zdało się, że usłyszała płacz dziecka. Powiedziała o tym kierowcy i kazała mu zatrzymać się ten zaś zrugał ją i jechał dalej wykrzykując przy tym, że mu spieszno do Berlina. Po kilku kolejnych sekundach Maria Teresa była już pewna, że do jej uszu dobiega ledwo słyszalny płacz. Znowu kazała kierowcy zatrzymać ciężarówkę i znowu usłyszała stek przekleństw skierowanych pod jej adresem. Ale nie dawała za wygraną i w końcu ciężarówka zatrzymała się, a ona pobiegła w kierunku, skąd dochodził płacz dziecka.
W ruinach spalonego murowanego domu ujrzała makabryczny widok. Na podłodze pokrytej gruzem leżały rozczłonkowane, nadwęglone zwłoki kobiety i mężczyzny. Przy ciele niewiasty dostrzegła dziecko. Bliskie ostatecznego wycieczenia, ale jeszcze żywe. Resztkami sił wydające z siebie zachrypnięty głos, jeszcze przed chwilą będący donośnym, przeraźliwym płaczem. Wtulone w obnażoną pierś martwej matki. Zapewne przerażone podpełzło do ciepłych jeszcze zwłok i przyssało się do życiodajnej piersi, przy której zawsze czuło się bezpiecznie. Kiedy jednak, pomimo usilnego ssania, nie pojawiła się ani kropla mleka, zaczęło napierać na pierś maleńkimi ząbkami. W końcu odgryzło sztywniejący w śmiertelnym odrętwieniu sutek. Dziecko ociekało krwią własną i matczyną. Było poparzone. Palące się włoski spowodowały, że skóra na maleńkiej główce była wypalona prawie do czaszki.
Siostra wzięła chłopczyka na ręce z zamiarem obmycia go w pobliskim strumyku. Jakaś kobieta widząc poranione dziecko nieśmiało szepnęła, że nic mi nie pomoże, że może byłoby lepiej wybawić je od dalszego cierpienia i utopić w strumieniu. Takiej rady siostra nie mogła posłuchać. Zawiozła chłopczyka do sowieckiego szpitala polowego pod Białymstokiem, od strony Wasilkowa.
Z czasem wykazano, że knyszyński dom, do którego dotarła Maria Teresa, ocalał podczas walk o miasto i dopiero dzień po wejściu Sowietów do Knyszyna, ktoś wrzucił do niego wiązkę granatów powodując tym śmierć rodziców ocalonego chłopczyka, który jak się okazało, nazywał się Jan Drewko. Półtoraroczny Jaś resztkami sił wyczekiwał ratunku, przez trzy dni pozostając w objęciach śmierci. Sprawę brutalnego zabójstwa jego rodziców zaczęto kojarzyć z ich przynależnością do niepodległościowej partyzantki.
Marek Hyjek
Białostockie Studia Historyczno-Kościelne
















