Zagraj w Janusz casino PL i sprawdź lokalne kasyno online.
  • Flaga Ukrainy

„Pracujmy razem dla zbawienia dusz.
Mamy tylko nasze życie – jeden dzień – by je ratować.
Następnym dniem będzie wieczność”.

św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Chodź, zabiorę Cię do Lisieux! – cz. 1

Śladami Św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza –
relacja z pielgrzymki i świadectwo.

Cz. I

W roku jubileuszowym, w 150. urodziny i w 100-lecie beatyfikacji Św. Teresy od Dzieciątka Jezus, Świętej od wielkich pragnień – zabieram Cię, Drogi Czytelniku, w podróż do miejsca, w którym żyła. Dołączam trochę wrażeń i refleksji.

Pomysł pielgrzymki do Lisieux zakiełkował w moim sercu podczas lektury „Rękopisów” (później przeredagowanych jako „Dzieje duszy”), czyli jakby pamiętnika Św. Teresy, który spisała na życzenie przełożonej w zakonie. Treść karmiła głód mojej duszy, wywracała świat do góry nogami, a jednocześnie przynosiła pokój i harmonię. Natomiast plastyczne opisy spowodowały, że zapragnęłam doświadczyć także fizycznej przestrzeni Św. Teresy – zobaczyć to, co widziały jej oczy, dotknąć tego, czego dotykały jej ręce, pooddychać tym samym powietrzem. Chodzić Jej śladami. A może nawet spotkać Ją samą? Tak, chciałam zapytać Św. Terenię prosto w twarz, co mam zrobić z resztą mojego życia, skoro wygląda, że nie ma możliwości realizacji wielkiego pragnienia, które – jak odebrałam – Pan złożył w moim sercu, dwa lata wcześniej. To był najważniejszy cel pielgrzymki.

Gdy po raz pierwszy rzuciłam luźno ten temat w mojej Wspólnocie, nie było specjalnego odzewu. To był akurat szczyt pandemii koronawirusa i chyba zostałam potraktowana jak bujająca w obłokach marzycielka. Dlatego postanowiłam sama zabrać się za organizację – licząc, że gdy obostrzenia zelżeją i ludzie będą bardziej śmiało spoglądać w przyszłość, do tego podam konkrety wyjazdu, wówczas znajdą się chętni. Ze względu na obowiązki w domu – mogłam wyjechać tylko na 4-5 dni. Wybór terminu padł na koniec września – Triduum przed Uroczystością Św. Teresy. Do przebycia było ponad 1500 km. Po oszacowaniu kosztów, okazało się, że najtaniej, a zarazem najwygodniej – byłoby jechać autem na gaz, składając się na paliwo w kilka osób oraz zmieniając się za kierownicą (oszczędność czasu i funduszy na noclegi w trasie). Moje 7-osobowe auto spełniało wymagania. Z uwagi na okres pandemii – była to też opcja podróżowania najbardziej bezpieczna. Noclegi w Lisieux zarezerwowałam w domu pielgrzyma, o cudnej nazwie „Pustelnia Św. Teresy od Dzieciątka Jezus”. Uzgodniłam z Siostrami z Karmelu w Lisieux oraz z pracownikami Sanktuarium Św. Teresy, że odbiorę Relikwie 1 stopnia dla Świeckiego Karmelu i dla Sióstr z Karmelu Ducha Świętego w Polsce. To była wielka łaska i radość, że w drodze powrotnej miała jechać z nami Terenia i Jej Rodzice. Pan dał też łaskę, że znalazłam w Lisieux polską przewodniczkę – panią Barbarę, która w prawdzie już na emeryturze i początkowo z oporami (jako że wyszła z wprawy), ale jednak zgodziła się oprowadzić naszą grupkę po wszystkich miejscach związanych ze Św. Terenią. Udało się także znaleźć chętnego Ojca Karmelitę Bosego jako Opiekuna Duchowego naszej kameralnej pielgrzymki. W planach były codzienne Eucharystie po polsku, wspólna Liturgia Godzin, konferencje o Św. Teresie, Adoracje Najświętszego Sakramentu, Zarezerwowałam w tym celu kaplicę w domu pielgrzyma. Marzyły mi się rekolekcje ze Św. Terenią – w ciszy, oczywiście w miarę pielgrzymich możliwości. Gdy wreszcie ogłosiłam pomysł wśród bliższych i dalszych znajomych – zrobił się taki natłok chętnych i poruszenie, że musiałam zrobić nie tylko listę główną uczestników (z wpłatami zaliczek), ale także listy rezerwowe. Dla tych, którzy nie mieli szans na wyjazd, przewidziana była możliwość udziału duchowego, z transmisjami on-line. Wszystko układało się w piękną całość…

Jednak ku mojemu zdziwieniu – po jakimś czasie, misterny plan zaczął się rozsypywać. Z tak wielu osób – nie został nikt, kto by finalnie mógł jechać. Zrezygnował także Ojciec. Przyczyny były bardzo różne, ale rzeczywistość taka, że zostałam sama. Nie miałam nawet zmiennika za kierownicą albo chociaż „pilota”, który by pilnował trasy i zagadywał, gdy ogarnie mnie senność. Co prawda miałam już na koncie długie trasy, ale zawsze z kimś. W związku z tym przyszły poważne wątpliwości, czy Pan chce tego wyjazdu. Wcześniej byłam pewna, że pomysł pielgrzymki był od Pana. Teraz już nie byłam. Wszak praktycznie niemożliwym było wykonanie planu przez jedną osobę (prowadzenie auta przez całą trasę, zwiększone koszty). I po prostu – ja pragnęłam jechać z ludźmi, chciałam służyć, dzielić się dobrem, ale i cieszyć się towarzystwem oraz wsparciem sióstr i braci. A jeśli miałam nie jechać – kto by odebrał przygotowane Relikwie (w tym czasie nie było możliwości wysyłania relikwii pocztą)? I co z moim głównym celem pielgrzymki? Dlatego usilnie pytałam Pana na modlitwie – o co tu chodzi. Podczas Adoracji przyszło światło, że jednak mam jechać. Że dam radę, bo dla Pana nie ma nic niemożliwego. Że w takim układzie będą to rzeczywiście rekolekcje w ciszy, bo po prostu nie będę miała z kim rozmawiać. I przyszedł pokój, że od początku tak właśnie miało być… że mam odbyć tę pielgrzymkę sama.

Wśród licznych innych przeszkód (np. problemów z paszportem covidowym, który był niezbędny w podróży i w domu pielgrzyma), niewyspana, do tego z ogromnym opóźnieniem – pojechałam. Wobec zadania przerastającego moje możliwości, nastawiłam się, że z Bożą pomocą będę robić tyle, ile jestem w stanie – po prostu stawiać kolejny krok. Skupiałam się na „teraz”, żeby dojechać do najbliższego tankowania. A to, czy dojadę do odległego celu i całokształt pielgrzymki – to już Pan ogarniał. Bardzo było mi też trudno, że jechałam w aucie sama. Nie było nawet mojego psiska, które wszędzie ze mną jeździło, ale tym razem zostało w domu. Pan zatroszczył się o towarzystwo – znając moją wrażliwość na przyrodę. A mianowicie zorientowałam się, że jedzie ze mną pasażer na gapę – przyjemnie dla oka ubarwiony owad z rzędu pluskwiaków – brudziec zwyczajny (rhypanochromus vulgaris) – co nigdy wcześniej ani potem nie miało miejsca. Robaczek chodził sobie po okolicach deski rozdzielczej, badał czułkami teren i sprawiał mi radość swoją obecnością. Z braku nektaru kwiatowego, poczęstowałam go bananem z kropelką wody. I dałam na imię Zenek. Byłam wdzięczna Panu za takiego milczącego i malutkiego, ale jednak towarzysza podróży. W drodze (gdy nie trzeba było pilnować trasy na nawigacji) – modliłam się na Różańcu (rozważając poszczególne tajemnice), słuchałam konferencji związanych ze Św. Teresą (internet w telefonie), nuciłam ulubione piosenki i pieśni religijne. A jak przychodził kryzys senności, śpiewałam na cały głos Różaniec – wykorzystując energiczną melodię z pieszych pielgrzymek na Jasną Górę albo… (przyziemnie, ale też skutecznie) żułam gumę. I tak upływał czas. Jednak ok. godzinę-dwie przed Lisieux, miałam mega kryzys – płakałam, że już nie mam siły, że już więcej nie dam rady, prosiłam Pana, żeby to już się skończyło. Zmęczenie zaczynało wygrywać, a ciało aż bolało… Ale wiedziałam, że jeśli nie stawię się w omówionym z przewodniczką miejscu w Lisieux na g. 9 następnego dnia, w miarę wyspana (!) – ominie mnie oprowadzanie w języku polskim (przewodniczka miała potem wyjechać z Lisieux na kilka dni). Dlatego nie mogłam ani nie chciałam się zatrzymać i powtarzając nieustannie „Jezus” – parłam naprzód.

Cdn.

Monika

Podziel się: