Chodź, zabiorę Cię do Lisieux!
(Moja przygoda ze św. Teresą)
Cz. II
Do Lisieux dojechałam w środku nocy. Było ciemno i cicho. Tabliczka z nazwą miasteczka, uprzytomniła mi, że naprawdę tu dotarłam. Po wielomiesięcznym okresie marzeń i przygotowań, z Bożą pomocą przejechałam pół Europy i wreszcie byłam w Lisieux! Ciężko było w to uwierzyć. Serce biło mocno, a umordowanie blisko osiemnastogodzinną trasą – uleciało. Moim oczom ukazały się opustoszałe normandzkie uliczki – oświetlone, ale spowite w delikatnej mgle. Jakby czas się tu zatrzymał albo nie istniał. Tak powitało mnie Lisieux. Już oddychałam tym powietrzem, co Św. Terenia. Wysłałam SMS-a do domu, że jestem na miejscu.
Drzwi w domu pielgrzyma otworzyła ciemnoskóra, młodziutka Siostra zakonna – Służebnica Dzieciątka Jezus, czyli zgromadzenia czynnego, które wraz ze sztabem osób świeckich zajmuje się obsługą licznych pielgrzymów, dbaniem o Bazylikę, pomocą w Sanktuarium, domach pielgrzyma, itp. Krótko i rzeczowo objaśniła niezbędne sprawy, pomagając sobie rękoma i wykazując przy tym sporą kreatywność (niestety nie znała wcale angielskiego ani niemieckiego), a ja pomimo że język francuski znam bardzo słabo – jakoś ją zrozumiałam. Weszłam do przydzielonego pokoju, prostotą wystroju i estetyką przypominającego pokoje dla gości w Karmelach w Polsce. Na ścianie – zdjęcie Św. Tereni. Poczułam się u siebie. Padłam na łóżko. Jedyne co byłam jeszcze w stanie zrobić, to nastawić budzik na g. 9.
Pani Barbara stawiła się pod domem pielgrzyma punktualnie. Towarzyszyła jej kuzynka. I w takim zestawie zrobiłyśmy maraton – przez ponad 6 godzin odwiedzając wszystkie miejsca w Lisieux, związane ze Św. Terenią, słuchając ciekawych opowieści przewodniczki. Natomiast w kolejnych dniach zaplanowane było zwolnienie tempa i spokojne, indywidualne powracanie do poznanych już miejsc. Byłam ogromnie wdzięczna Opatrzności, że mogę w Lisieux słuchać historii o Św. Tereni w moim ojczystym języku – dawało to poczucie jedności, pomimo bariery językowej oraz radość, że nie uronię ani słowa z usłyszanych informacji (w porównaniu z tymi przekazywanymi przez np. anglojęzycznych przewodników).
Po zwiedzaniu, udało mi się zdążyć na ostatnią Eucharystię w Bazylice. Potem, wciąż nie mogąc ochłonąć, potrzebowałam zapanować nad emocjami i przemożną chęcią nie tracenia cennego czasu na posiłki, spanie i temu podobne przyziemne rzeczy, tylko oddania się bez reszty chodzeniu, zaglądaniu w każdy zakamarek oraz chłonięciu i uwiecznianiu wszystkiego… Czułam się jak dziecko w fabryce czekolady, ale wiedziałam, że muszę się ogarnąć, żeby jak najsensowniej wykorzystać krótki pobyt – przede wszystkim wyciszenia i rekolekcji. Nazajutrz, w ogrodzie domu pielgrzyma – znalazłam cudowne, ogólnodostępne miejsce. Wyznaczona strefa ciszy, dwa krzesła oraz figura siedzącej Św. Teresy, z białego kamienia, pośród róż. Siedziałyśmy tak razem długo, Terenia patrzyła na mnie, a ja na Nią. Wrześniowe słońce przygrzewało delikatnie. Wreszcie nagromadzone napięcie odeszło, a emocje się uspokoiły. Na początek zrezygnowałam z transmisji, a skupiłam się głównie na byciu tu i teraz – ze Św. Terenią. Filmiki i zdjęcia, które obiecałam udostępnić na kanale YouTube – zdecydowałam wykonywać w miarę możliwości, zresztą większość materiału zarejestrowałam podczas zwiedzania z p. Barbarą. Ułożyłam sobie w głowie plan Lisieux. Dotarcie do miejsc związanych ze Św. Teresą nie stanowiło problemu, dzięki drogowskazom ulicznym, ze stosownymi nazwami, prawie na każdym skrzyżowaniu. Ogólnie oprócz klasztoru Karmelitanek Bosych, w którym żyła Św. Teresa (rozbudowanego od Jej czasów) i w którym znajdują się obecnie Jej ludzkie szczątki wraz z pełną wdzięku, jakby drzemiącą podobizną Tereni (w dobudowanej nawie bocznej), jest tuż obok piękne i pomysłowe Muzeum Św. Teresy z licznymi pamiątkami po naszej Świętej. Poza tym nad miasteczkiem góruje Bazylika pod wezwaniem Św. Teresy, której budowę rozpoczęto parę lat po Jej beatyfikacji, na wzgórzu, kilka minut pieszo od klasztoru. W Lisieux są dwa domy pielgrzyma – „Pustelnia Św. Teresy od Dzieciątka Jezus” (granicząca z terenem klasztoru) oraz „Dom Świętych Ludwika i Zelii Martin” (bliżej Bazyliki). Nieco dalej jest też oczywiście Bouissonnets (co można przełożyć na język polski jako „Krzaczki”) – urokliwa posiadłość rodzinna, w której dorastała Św. Terenia. Bardzo przemyślanie i z wielką starannością przygotowana dla zwiedzających. Nad całością obiektów czuwa i jakby spina klamrą – Sanktuarium Św. Teresy, czyli obsługa duszpastersko-recepcyjna. Zespół profesjonalnych pracowników (wraz z pomocnikami wolontariuszami), którzy na co dzień z wielkim zaangażowaniem, taktem i serdecznością świadczą wszelką pomoc odwiedzającym to miejsce i zapewniają jego sprawne działanie (biuro mieści się tuż obok muzeum i klasztoru). No i na każdym kroku spotkać można sklepiki z pamiątkami – przeróżnymi, w większości przecudnymi.
Pustelnia Św. Teresy
Pokaźny, stylowy budynek na działce sąsiadującej z klasztorem, pochodzący z 1928 r., posiada pokoje 1- i 2-osobowe, każdy z łazienką. Zapewnia niezbędne warunki do przyjęcia grup pielgrzymów, jak i indywidualnych osób. Na recepcji w godzinach urzędowania jest zawsze ktoś, kto włada językiem angielskim, a jeśli się poprosi – także osoba niemiecko- albo hiszpańsko-języczna. Z portretów na ścianach spoglądają członkowie rodziny Martin, Na stole w korytarzu wykładany jest bieżący numer katolickiego dziennika „La croix” (pol.: „Krzyż”) – bardzo popularnego czasopisma we Francji, w którym 14-letnia Terenia przeczytała o przestępcy Pranzinim i wymodliła mu nawrócenie. Na tyłach domu pielgrzyma dostępna jest kaplica, utrzymana w nowoczesnym stylu. W niewielkim ogrodzie urządzono miejsce do modlitwy w ciszy ze Św. Terenią, o którym już pisałam. Do dyspozycji pielgrzymów są też sale konferencyjne i jadalnie. Na uwagę zasługuje fakt, że koszt posiłków jest wysoki, jak na nasze polskie realia, podobnie zresztą jak koszt noclegów. To były najpokaźniejsze pozycje w kosztorysie pielgrzymki. W ramach pielgrzymiego trudu oraz chcąc zaoszczędzić i podreperować budżet – na obiady i kolacje w większości jadłam prowiant przywieziony z Polski, miałam też ze sobą mały czajnik elektryczny (nie było dostępu do kuchni). Poza tym można przekąsić coś prostego na mieście (wychodzi taniej niż pełnowymiarowe obiady w domach pielgrzyma i całkiem smacznie – wg słów p. Barbary). Oczywiście jeśli ktoś dysponuje funduszami, żeby wykupić posiłki w domu pielgrzyma – warto w ten sposób wspomóc funkcjonowanie Sanktuarium Św. Teresy. Trzeba się jedynie liczyć z właściwymi francuskiej kuchni minimalistycznymi śniadaniami oraz rozciągniętymi w czasie celebracjami obiadów i kolacji.
Monika
Cdn.
Monika
















